Karol


 /Gwardia

..............................      Gwardia ...?      .............................



Dyskusyjnie: Nikt nie podsunel mi lepszej nazwy. "Kombatanci" brzmi zbyt bojowo, "Pryki" niezbyt szacownie. Stad "Gwardia" wydaje sie byc dobrym rozwiazaniem. Mozna slowo kojarzyc z dawnymi czasami i nawet dodatek "stara" niesie w tym zestawieniu tylko pozytywna tresc.



* * * * * * * *



Wspomnienia
Pamiecia wracam do naszych spotkan po latach: Rychwald, Dzierzno I, Dzierzno II no i teraz Szczyrk. Dla mnie to byly w wiekszosci spotkania po prawie 40-tu latach i tym samym ciekawa mozliwosc spojrzenia na kazdego z nas ...i na siebie. Nie mysle o siwych wlosach i zmarszczkach, raczej o rozwoju i obranej karierze zawodowej. Nominalnie wszyscy zostalismy elektrykami, elektrykami gorniczymi. Nie pamietam szczegolowych zyciorysow kazdego z nas z Rychwaldu - natomiast pozostalo we mnie wrazenie, ze tylko mniejszosc czynnie pracowalo w kopalni i to jako elektryk. Naturalnie juz po wstepnym stazu. Biura projektowe, instytuty i inne resorty skorzystaly z "miesa armatniego" przygotowanego przez Wydzial Gorniczy. Niezaleznie od tego, ze przedmioty wykladowe byly stronnicze, czesciowo zupelnie "niezyciowe", przynajmniej w moim przekonaniu. Brakowalo nam przedmiotow na poziomie aktualnej techniki elektrycznej. Ale szczegolnie elektronicznej. Ja ubolewalem nad zerowymi umiejetnosciami z dziedziny elektroniki. Technika lampowa, ale co wazniejsze, wiadomosci o polprzewodnikach pozostaly dla kazdego z nas (jesli chodzi o wiadomosci wyniesione z uczelni) na poziomie zerowym. Z czego to wynikalo? Mysle, ze byla to ambicja Wydzialu, defacto bolaczka, ze chciano zrealizowac studia bez korzystania z pomocy wydzialow bardziej predestynowanych do nauczania tych przedmiotow specjalistycznych.
Dlaczego sie nad tym rozwodze? Nie wiem jak daleko Wam to brakowalo - mi, jako odszczepiencowi, ktory na staz poszedl do walcowni metali z bardzo szerokim asortymentem agregatow elektrycznych - bardzo. A im dalej brnelem przy wyborze swoich miejsc pracy, tym bardziej to odczuwalem. Przeciez juz poczatkiem lat szescdziesiatych polskie zaklady produkowaly polprzewodniki i podzespoly w nie wyposazone! A teoria nasza na te tematy byla dziurawa.
Nie we wszystkich przedmiotach. Bardzo sobie cenilem maszyny elektryczne, naped elektryczny, nawet automatyke, miernictwo elektryczne no i podstawy elektrotechniki. Fizyka II, mechanika i moze jeszcze jedno czy drugie tez przyczynily sie takze pozytywnie do naszego/mojego rozwoju. Ale tez byly przedmioty fatalne...


(W maju 2003r.)

* * * * * * * *



Akcja

Kto nie znal tego slowa? Akcja albo czyn spoleczny? Od poczatkow mej pracy zawodowej w 1948 roku, przez pozniejsza szkole, uczelnie i dalej jeszcze stykalem sie z tym slowem. Wydawac by sie moglo, ze nalezy ono do repertuaru funkcjonujacego aparatu panstwowego, ze jest ono nieodzownym skladnikiem porzadku spolecznego.
Chociaz w tym miejscu, wraz ze wzrostem umiejestnosci krytycznego spojrzenia na otaczajace mnie srodowisko, miewalem uzasadnione watpliwosci co do skutecznosci takich dzialan....

Opowiem wszystkim, przypomne niektorym, jedna taka akcje z czasow naszych studiow. Wiecej, pokaze nawet kilka ocalalych zdjec, niestety nie ma na nich mego serdecznego kolege - poniekad bohatera mej opowiesci.

Bylo to w jesieni 1956r. Uczelnia zawiesila dzialalnosc, bo PGR-y mialy klopoty z terminowym zbiorem plonow. Przeprowadzono agitacje wsrod studentow, by zglosili sie do wyjazdu w zagrozone rejony. Uczelnia dawala ubiory robocze (Studium Wojskowe dysponowalo duzymi chyba remanentami mundurow) i necila mozliwosciami zarobienia zywej gotowki na miejscu. Mi tego nie trzeba bylo dwa razy powiedziec. Zglosilem sie, wraz ze mna conajmniej kilkanascie kolegow ze semestru.

I przyszlo to popoludnie, ten wieczor, w ktorym po "fasowaniu" ubioru roboczego, znalezlismy sie na dworcu gliwickiem, gdzie zaladowywano nas w przedzialy starodawnych wagonow osobowych i ruszylismy w nastala noc. Nie pamietam, czy mialem wtedy jakiekolwiek pojecie o celu - wiadomo bylo ze jedziemy w kierunku Dolnego Slaska. Wlasciwie bylo to tez bez znaczenia. Kiedys nad ranem bylismy na malej stacji, gdzie nastapil podzial naszej "brygady" na poreczne grupy po ok. dwudziestu do trzydziestu chlopa. Zabrala nas ciezarowka i zatrzesla nastepne kilkanascie kilometrow do miejsca naszego przeznaczenia.  PGR Grabno!

Byl to kiedys typowy, dolnoslaski dwor z duzym prostokatem zabudowan gospodarczych. Krotszy bok prostokata zajmowany byl przez wtedy raczej zdewastowany, praktycznie nie wykorzystany "zamek", dawne mieszkanie wlasciciela. Szerokie, lukowato zakonczone schody, prowadzily do holu wejsciowego. Kunsztownie przeszklone drzwi wewnetrzne i zewnetrzne swiadczyly o jego dawnej swietnosci. W czasie naszej bytnosci duzo szkla juz brakowalo, dykta lub deski je zastapily. Boazeria i podlogi byly zniszczone i calosc robila niezbyt wytwornego wrazenia. Ale co to bylo dla takiej ekipy!
Zastalismy jedno duze pomieszczenie, wyposazone w prycze metalowe i piec kaflowy, czyli podstawowe warunki bytowania.
Mielismy nawet sluzbe, z urzedu. Jedna taka babulka palila w piecu, sprzatala byc moze takze i stanowila element laczacy pomiedzy nami i raczej niewidocznym kierownictwem PGR-u. Byla odpowiedzialna za trzy posilki dziennie, czyli kucharka, chociaz ten ostatni tytul nadalbym jej z najwieksza rezerwa...
Pamietam jej budyn, ktorym chciala nas pewnego dnia zaskoczyc i uszczesliwic: ugotowala i podala po obiedzie rozbeltany, bo wczesniej stezaly budyn. I zaskoczyla nas rzeczywiscie.   ...Byl to chyba jej pierwszy w zyciu budyn. No i byla nasza znachorka - przy bolaczkach i odniesionych ranach.

Przyjechalismy do pracy. Kierownictwo mialo z nami nielada klopot. Tyle (niedoswiadczonych) rak naraz. Jak to zorganizowac? Byl zatem ten inspektor, dozorca "niewolnikow". Delegowal nas na wyznaczone pole na ktorym traktor poprzednio odslonil rzad kartofli rozrzucajac je na szerokosc ok. dwoch metrow. Stworzono ekipy dwuosobowe, kazda ekipa - w moim przypadku moj serdeczny kolega i ja - otrzymala kosz wiklinowy z dwoma uchwytami. Zadaniem ekipy bylo zebranie rozrzuconych kartofli i po napelnieniu kosza oproznic go do furmanki albo przyczepy odstawionej obok pola. Inspektor stal obok i pilnowal, aby kazdy kosz przed wysypaniem byl wypelniony. Bo za jeden kosz dostawalo sie zielony znaczek papierowy. Za dziesiec zielonych jeden czerwony, za....itd.
W kazdym razie ten dosc prosty z jednej strony system zaczynal sie chwiac, gdy ktos chcial wymieniac swoje zielone na czerwone a kilku innych wysypywac kosze i otrzymac zielone. Wtedy naszemu biednemu dozorcy moglo zabraknac rak i oczu by sprostac temu zadaniu. Na domiar zlego i wiatr mial czasem cos do powiedzenia, pamietam sytuacje gdy naraz po polu posypalo sie kolorowe konfetti i studenci biegiem pomagali inspektorowi zbierac te znaczki.... Podejrzewam, ze przy rozliczeniach koncowych ksiegowy PGR-u musial stosowac wspolczynniki, aby z grubsza dojsc do rownowagi ilosci zebranych kartofli i wydanych znaczkow.

Tak uplywal nam dzien za dniem. Rano zdarzaly sie przymrozki i niezbyt przyjemnie bylo wstac i pojsc w pole. Jednak przyzwyczailismy sie do tego trybu zycia i zagladalismy nawet poza obreb: PGR i pole. Wokolo byly piekne lasy ...i grzyby. Prawdziwki. Towar atrakcyjny w wielu gospodarstwach domowych, takze u mnie. Tylko co zrobic: grzyby w lesie a my na polu i trudno bylo wykroic czas na systematyczny zbior. Przerwa obiadowa byla za krotka a po pracy blyskawicznie bylo ciemno. Stad wpadlismy z Kazikiem na pomysl by wykorzystac czas od brzasku do rozpoczecia pracy na zbieranie grzybow. Trudno nam bylo ludzic sie, ze obudzimy sie o wlasciwej porze, zreszta nawet nie mielismy zegarkow. Stad jedyna rada: Babulenka nasza, przyrzadzajac sniadanie, byla wystarczajaco wczesnie na nogach by ja poprosic o obudzenie nas o szostej. Chcielismy jeszcze przed wyjsciem zjesc nasz chleb z marmolada, wypic cos i dojsc do wypatrzonego miejsca w lesie akurat z nastaniem dnia.
No i bylismy na nogach: ciemno, zimno, za pazucha po jednej Trybunie Ludu na przyszle zbiory i po 15 minutach marszu bylismy w lesie, nawet w poblizu "grzybodajnego" miejsca. Tylko co z ta jasnoscia? W lesie bylo jeszcze ciemniej niz na polach. Jako ze lada chwila musial nastac ranek, przykucnelismy miedzy krzakami i cichutko (bo atmosfera ciemnego lasu sprzyjala roznym myslom) wymienialismy swoje zdanie na temat brakujacej widocznosci. Uplynelo juz wiecej niz 15 minut czekania i zamiast oczekiwanego brzasku uslyszelismy czlapanie, kroki! Sza, co to? Kto to? Kroki sie zblizaja i na tle nieba widac ciemna postac, chyba ze strzelba na ramieniu. Zrobilo sie nam bardzo nieswojo, zamarlismy w bezruchu i ciszy. Na szczescie zjawisko sie oddalilo i nam wrocila normalna werwa. Chociaz do nastania dnia musielismy jeszcze poczekac pol godziny, reszta naszej eskapady przebiegla w przewidywany sposob. Las nam wynagrodzil wysilek; zebralismy szybko tyle wspanialych grzybow, ze transport w gazecie byl trudny. Tym niemniej donieslismy swoje ladunki do miejsca pracy w polu, gdzie pozostali koledzy z nieukrywanym szacunkiem popatrzyli na grzyby i takoz ocenili nasz wysilek.
Po powrocie do "bazy" na obiad musielismy sie szybko pokrzatac wokol naszych grzybow, oprawic je, pokroic i rozlozyc w kuchni - wokol i nad piecem - do suszenia.
I tutaj tez wyjasniono nasze czekanie: Babulence pomylil sie czas, obudzila nas godzine wczesniej....

Pogodny, sloneczny ranek. Jestesmy na polu graniczacym z zadrzewionym pasem terenu. Grzejemy sie, siedzimy, plecimy glupstwa i wlasciwie nie wiadomo co ze soba poczac. Traktor, czy tez koparka ma jakis problem techniczny, a my czekamy. W tej atmosferze, patrzac na dwa obok siebie, ale wolnostojace drzewa dochodzimy do wniosku, ze wobec regularnego wzrostu i ladnego ogalezienia dobrze nadawaly by sie na wspinaczke. Z lewej strony brzoza, z prawej sosna, obydwa na samym skraju pola i obydwa piec do szesc metrow wysokie.
Narodzil sie pomysl wspolzawodnictwa. Nie pamietam kto rzucil wezwanie: moj serdeczny kolega albo Wlodek. W kazdym razie jeden drugiemu udowadnial, ze bylby predzej na szczycie. Czyli co prostszego niz w eksperymencie roztrzygnac to zagadnienie. Moj serdeczny kolega wzial na siebie chyba trudniejsze zadanie: sosne. Staneli zatem obok swoich drzew i na komende: raz, dwa, trzy, ruszyli do ataku. Moj serdeczny kolega, fizycznie bardzo sprawny, jak wiewiorka owinal sie wokol pnia, przeskakiwal z galezi na galaz i rzeczywiscie dotarl jako pierwszy do czubka sosny. Obejmujac prawa reka pienek, lewa zrobil gest zwyciestwa w nasza strone, poparl go glosnym okrzykiem i ...odchylil sie od pionu. To byl blad. Gdyz naraz pienek strzelil tuz pod trzymajaca go reka, okrzyk zamarl i zwyciezca turnieju pozeglowal z czubkiem sosny w rece - jak figura z choragwia uwieczniona w wielu owczesnych rzezbach - w strone kartofliska. To trwalo stosunkowo niedlugo, potem huknelo, mysmy tylko na moment zamarli, by potem zgromadzic sie nad lezacym.
Katem oka widzialem jeszcze Wlodka, zjedzajacego po brzozie o wiele szybciej niz w druga strone. Nie wiadomo, kiedy byl na dole. Ofiara wypadku tymczasem lezala na roli, ciezko dyszac. Powolutko wrocila mozliwosc oddychania. Okazalo sie jednak, ze reka, nadgarstek lub ramie sa nadwyrezone, bola. Stalismy troszeczke bezradni wokol tez juz stojacego zawodnika i doszlismy do wniosku, ze trzeba wrocic do bazy. Mialem z nim pojsc, on jednak stanowczo odmowil uwazajac, ze jest w pelni sprawny. Podalem sie jego sugestii tymbardziej, ze na polu pojawil sie traktor, zaczela sie praca. A ja musialem teraz pracowac za dwoch...
Po godzinie gdzies wrocil moj wspolnik, lewa reka podwieszona i opatrzona bandazem. Nasza lekarko-kucharka po zabiegach leczniczych zastosowala wspomniany bandaz i temblak.
Bylismy teraz spolka trojreczna   -   ale jakos sobie radzilismy w przyszlych dniach.

Az do tego dnia, w ktorym zabraklo kartoflisk i trzeba bylo brac sie za buraki. Burak, jak wiadomo, sklada sie z dwoch czesci: zielonej naci ktora jest nad ziemia i wlasciwego buraka, ktory poczatkowo jest pod ziemia. I my bylismy do tego powolani, by ciagnac odpowiednio mocno za nac tak, zeby i czesc podziemna znalazla sie na wierzchu. Ale dla porzadku trzeba jeszcze bylo oddzielic nac od korzenia i do tego celu dano nam sierpy. Identycznie takie, jakie znalismy z godla sasiedniego panstwa. Moj serdeczny kolega razem ze mna szarpal te buraki z ziemi, co mu jednak wyraznie gorzej szlo, bo mogl to uczynic jedna tylko reka. Stad tez krytycznym okiem patrzyl na moja technike pozbawienia burakow naci. Widocznie wyliczyl sobie wieksza wydajnosc pracy dla naszego zespolu jesli by jemu przypadla rola odglawiania burakow. Dlatego chyba w pewnym momencie uslyszalem: "Ej, nie tak - ja ci pokaze jak nalezy pracowac". Chcac, nie chac oddalem mu sierp. (Tu trzeba przypomniec, ze lewa reke po ostatniej kontuzji jeszcze nosil w temblaku.) Zatem zlapal lewa reka buraka za nac i wytwornie, jak panna pijaca herbate z porcelanowej filizaneczki, odchylil maly palec od naci, stanal nad kupa juz obcietych burakow i "zobacz, tak ciachniesz" jednym machnieciem sierpa obcial buraka ...i czubek malego palca!
Pozostalo nam zrobic mu prowizoryczny opatrunek dla tamowania krwi i jemu pozostal maszerunek w strone PGR-u do znanej mu juz wielofunkcyjnej babci. Dostal jodyne i trwalszy opatrunek z ktorym po pewnym czasie wrocil do pracujacej gromadki. Bylismy teraz ostatecznie trojreczna brygada!

Dobrze, ze czas naszego pobytu w Grabnie chylil sie ku koncowi. Gdyz ten pobyt w spartanskich warunkach, przy monotonnej pracy nie byl tym wymarzonym celem w zyciu studenta.I faktu tego nie zmienily rozne momenty zabawne, pouczajace lub dla nas nowe. Prowadzilismy dysputy na tematy rolnicze i techniczne, obserwowalismy naszych kolegow koreanskich oraz reakcje tubylcow na egzotycznych gosci. Ale sumarycznie czas tam spedzony, ten czas wolny od pracy, pozostal bardzo bezbarwny. Nie przypominam sobie szczegolnych zajec wieczorami, jakies spacery tak. Ale na tym i koniec.
Nastal ostatni dzien pobytu, wyplata w miernej wysokosci, troszeczke prowiantu na droge, ciezarowka i PKP. I kiedys bylem w domu - moje koledzy w akademikach.

Uczelnia nas znow miala, my zas mielismy argumenty przy nastepnych kolokwiach i egzaminach: wykopki!


* * * * * * * *


A tutaj tych kilka obiecanych zdjec:

Zdjecie robotnikow z narzedziami i "martwa" przyroda. - Kto poznaje wszystkich tu obecnych kolegow?




Nastepny dowod pracy:  Przy burakach




Dumny kierowca - mozna go poznac?




Zajecia w czasie wolnym o pracy




Jeszcze jedna ilustracja naszego pobytu: Oczekiwanie na odjazd





Moze byloby ciekawe dowiedziec sie w ilu zawodach/stanowiskach nasi koledzy, czyli my, rzeczywiscie pracowali.
Jaki spektrum zawodow nasza grupa reprezentuje?
Albo ile razy zmieniono prace?
Albo jakie ciekawe pracy zostaly wykonane?

(W maju 2003r.)



Do strony tytulowej