Do spisu treści: /Ojczyzna
  Do głównego spisu treści



Drugie życie zawodowe

Spis treści:

1. ...

2. Pompa                                      -    Każdy człowiek ją ma - jednak czasem wymaga reperacji

3. Odrobinę inna pompa    -    Kontynuacja mojej medycznej "kariery"




.....




Pompa


Życie pisze historie, mówi się. Czasami są to historie niezwyczajne. Ale i te są moim zdaniem tylko logiczną konsekwencję zdarzeń poprzedzających. Tak bywało w moim życiu i teraz.
Było to w piątym roku mojej pracy w Instytucie Metali Nieżelaznych, gdy zadzwonił do mnie niespodziewanie były, starszy współpracownik, Andrzej Zembala, znający epizody mojej dotychczasowej pracy: "Halo, panie Mosler, nie interesowałaby pana praca półetatowa, popołudniu?" Moja odpowiedź była zgodna z jego oczekiwaniem: "Naturalnie, tak!" Bo kto nie potrzebował w latach sześćdziesiątych pieniędzy?
Zatem znalazłem się już następnego dnia u kierownika Zakładu Doświadczalnego Elektroniki i Mechaniki Precyzyjnej Politechniki Śląskiej do wstępnej rozmowy. Pan Józef Wajchenig, doświadczony technik i znawca ludzi rozmawiał ze mną dłuższy czas. Widocznie mu odpowiadałem, bo zapytał mnie, czy podjąłbym się konstrukcji automatycznego mostka do pomiaru oporności i wykonania prototypu. Zgodziłem się i miałem kilka dni później już odpowiednią umowę o pracy w charakterze zastępcy kierownika Wydziału Przyrządów w ręce. No i od tego czasu stałem się (prawie) codziennym gościem w zakładzie. Zazwyczaj byłem tam (nie licząc portiera) sam, gdyż zakład pracował tylko na jedną zmianę. Miałem wolną rękę dla eksperymentów i konstruowania. Moja wizja nabrała niebawem kształtu: Na wielu deskach montażowych zebrało się wiele setek elementów elektronicznych, wśród których dominowały zielone (wtedy) tranzystory. Ogólny wygląd tych płyt ze sterczącymi tranzystorami inspirował widocznie kogoś do nazwania tego "projektem ogródkowym".
I tak, po trzech czy czterech miesiącach, "ogródek" dojrzał do prezentacji większemu gronu. Stwierdzono prawidłowe funkcjonowanie modelu, ale ilość elementów i zapowiadająca się kubatura całego przyrządu zaskoczyła widać odpowiedzialnych. Przeprowadzony równolegle z moją pracą sondaż dostępności scalonych obwodów na polskim rynku nie rokował nadziei na poprawę sytuacji w najbliższym czasie. Stąd zapadła decyzja zawieszenia tej pracy.
Po tym przedstawieniu zaprosił mnie p. Wajchenig na rozmowę do siebie. I tu właściwie wyszło szydło z worka. On prawdopodobnie przewidywał taki przebieg wydarzeń, gdyż machnął na to tylko ręką i zapytał mnie, czy nie byłbym zainteresowany pełnym etatem z odpowiednio większym wynagrodzeniem i innymi możliwościami? - Oferta była zachęcająca. Nigdy więcej do Bytomia, do Instytutu z jałowymi pracami i coraz większą biurokracją! Znów w moim mieście rodzinnym, na uczelni! Mógłbym zostać kierownikiem Wydziału Elektronicznego, "ale to raczej nominalnie - bo tam już jest dobry mistrz, który się skutecznie całą produkcją zajmuje. Bo wie pan, my tu mamy taką inną robotę ..." wyjawił mi mój przyszły szef.

I teraz się zorientowałem (chociaż pozostało to niewypowiedziane), że wszystkie te gadki i zachody poprzedzające obecną chwilę, były tylko fasadą i sprawdzeniem mnie. Ostatnie jego słowa przekonały mnie ostatecznie do przyjęcia jego propozycji. Bo ta "inna robota" okazała sie pół konspiracyjnym i bardzo humanitarnym przedsięwzięciem. Tu w zakładzie zebrało się kilku ludzi, którzy niezależnie od logiki gospodarki planowej, z dala od instytutów, zjednoczeń, ministerstw oraz szczególnie od funkcjonariuszy partyjnych i nawet własnego Senatu chcieli coś rzeczywiście potrzebnego postawić na nogi. Tak sobie, obok swej normalnej pracy zawodowej, swoją siłą i swoim umysłem, oraz ...tu trzeba to wypowiedzieć, potencjałem produkcyjnym i materiałowym, jakim dysponował uczelniany zakład doświadczalny.
Józef Wajchenig, Andrzej Zembala, Rudolf Wojnar oraz w zależności od potrzeb także inne osoby spotykały się popołudniami w zakładzie dla omówienia bieżących spraw wokół tego projektu. I ja teraz zaliczałem się do tego grona tak, jak Zygmunt Antoszewski, lekarz Oddziału Kardiochirurgii Zabrzańskiej Akademii Medycznej. Właśnie ten ostatni był szczególnym lekarzem, bo z żyłką techniczną i dużą inwencją. On stanowił to konieczne ogniwo łączące nas techników z medycyną, uzupełnienie zespołu, który wziął sobie za cel zbudowanie w Polsce płucoserca, z dostępnych w Polsce materiałów, czyli maszyny, która miała umożliwić przeprowadzenie operacji na otwartym sercu. Na zachodzie takie maszyny już pracowały, lecz dla polskich ośrodków kardiochirurgicznych były ze względu na cenę (w dewizach) nieosiągalne. Naturalnie z wyjątkami, jak zazwyczaj w życiu bywa. W jednym czy drugim ośrodku "bliżej Warszawy" pracowano z takim aparatem...
Ale cóż, myśmy byli w Gliwicach, na Śląsku. A Śląsk był obszarem traktowanym przez Warszawę często po macoszemu i stąd też pokazywał chętnie swoje mocne strony. W tym przypadku miało nią zostać płucoserce.

Gdzieś za rok rzeczywiście tak daleko było. Jednak na razie przed nami było dużo pracy i trudu. Największym było zaopatrzenie się w potrzebne materiały. W stosunku do tego sprawy konstrukcyjne i organizacyjne stanowiły mniejszy problem. Praktyczny okazał się podział potrzebnych materiałów na te o profilu medycznym i te inne. O te inne materiały, tzn. całą mechanikę, elektrykę i elektronikę myśmy się starali - pierwsze załatwiła Akademia Medyczna w ramach swoich możliwości zaopatrzeniowych.
Prawie zbędne w tym miejscu jest powiedzenie, że do większości potrzebnych nam materiałów dotarliśmy drogą nielegalną. Każdy z nas miał w jakimś tam zakładzie, jakiegoś znajomego z czasów szkolnych czy studenckich, który z kolei w swoim zakładzie dysponował takim czy innym nam potrzebnym materiałem. I wprowadzony w szczytny cel, jakim materiał miał służyć, chętnie się z nami podzielił. - Takie po prostu były obyczaje w Polsce lat sześć- i siedemdziesiątych, polskiej gospodarki planowej. Może dlatego tylko potrafiliśmy w stosunkowo krótkim czasie postawić prototyp na nogi. Bo załatwienie/kupno materiałów normalną drogą trwało miesiące, jeśli nie lata. Do tej szybkiej realizacji przyczyniło się zasadniczo prężne Biuro Konstrukcyjne naszego zakładu z inż. Rudolfem Wojnarem i jego prawą ręką, jaką był Günter Voelkel, obaj widoczni tu na starej fotografii .

O szczegółach nie będę w tym miejscu pisał, choć konstrukcja i wszystkie pozostałe prace dały nam nieraz w kość. - (Jeśli by jednak kogoś te szczegóły techniczne interesowały, odsyłam go do artykułu omawiającego ogólnie aparaty tego rodzaju, zaś szczególnie Śląskie Płucoserce, artykułu, przeznaczonego uprzednio dla Wikipedii.)
Przeskoczę do tego dnia wiosennego, w którym maszyna po wielu próbach wewnętrznych znalazła się w Koźlu, w Zakładzie Doświadczalnym Akademii Medycznej, gdzie przygotowano próbę ogniową: dla naszego aparatu i zespołu operacyjnego pod kierownictwem prof. Tadeusza Paliwody, kierownika Oddziału Kardiochirurgicznego zabrzańskiej kliniki. Z ramienia naszego zakładu był tam nasz szef, Józef Wajchenig oraz konstruktor mechaniki, Rudolf Wojnar. Obiektem doświadczalnym były dwa cielęta, na których profesor próbował zabieg przeszczepu.
Nasi wyszli po zabiegu satysfakcjonowani: aparat i operator zdali egzamin! Dowiedzieliśmy się następnego dnia o wielu szczegółach przebiegu próby i ...jak miało być inaczej, możliwościach dalszego doskonalenia pewnych detali konstrukcyjnych aparatu.
Ale nie tylko my byliśmy tymi, którzy się czegoś dowiedzieli: był nim również rektor Politechniki, do którego dotarły wieści z Akademii Medycznej. Nie było co prawdę wielkiego rabanu wobec takiej samowoli zakładu politechnicznego, ale konkretne przykazanie: Aparat wróci do Politechniki i tu nastąpi oficjalne przekazanie go rektorowi Akademii Medycznej! Oczywiście odpowiednio głośno (...w ramach współpracy międzyuczelnianej itd.) oraz z udziałem mediów.

Na tym nasza praca się oczywiście nie skończyła. Ale teraz odbywała się już na oczach "całego świata" oraz w glorii współpracy. Tak też czas wykończenia drugiego prototypu był krótki i szybko nastał dzień, w którym odbyć się miała pierwsza operacja w Zabrzu. Oczywiście z udziałem jednego technika - tak życzyła sobie klinika - bo nigdy nie wiadomo, czy anestezjologowi w razie czego, np. przy składaniu aparatu czy też w czasie ruchu, starczy wiedzy technicznej... No i w ogóle, lekarze czuliby się raźniej. Stąd zapadła decyzja, że płucosercu towarzyszyć będzie mój kolega, konstruktor części mechanicznej aparatu, Rudolf Wojnar. Maszyna spisała się dobrze i zdała test, gorzej było z Rudkiem (tak myśmy go nazwali). Dla niego wrażenia z sali operacyjnej, widok krwi, zapachy i atmosfera były barierą, której nie mógł przeskoczyć. I ja siebie podobnie oceniłem ...

Pomimo tego, ktoś przecież musiał to zrobić. Tak do tego doszło, że to ja asystowałem przy następnej operacji w Zabrzu. I ten fakt zapoczątkował moją medyczną karierę, moją dłuższą medyczną karierę - bo trwającą całe moje życie zawodowe. I znamienne, że właśnie tę operację, od przygotowania maszyny, samą operację i końcowe omówienia szczegółów u profesora, mam jeszcze dzisiaj przed oczyma.
Przygotowania maszyny w małym pomieszczeniu obok sali operacyjnej przebiegały rutynowo, anestezjolog, dr Zygmunt Antoszewski miał te czynności już opanowane. Następnie przesunęliśmy częściowo napełnioną maszynę do sali i ustawili ją koło stołu operacyjnego. Tu już leżała przygotowana do operacji pacjentka i profesor po wymianie kilku zdań z anestezjologami dał sygnał do kontynuacji pracy. I teraz, podczas otwierania klatki piersiowej, miałem swój osobisty i jedyny niż w sali operacyjnej. Na szczęście trwał on tylko krótko - uchylone okno i kilka głębokich wdechów pomogły mi go przezwyciężyć. Nikt niczego nie zauważył, a ja mogłem aktywnie uczestniczyć w dalszej operacji.
Operacja trwała troszeczkę dłużej niż przewidywano, pierwszyzna po prostu. Wszyscy byli szczęśliwi, gdy profesor dał hasło do zapoczątkowania końcowej fazy krążenia pozaustrojowego, oddawania pacjentce potrzebnej ilości krwi. I potem było tak daleko: Maszyna stanęła, zrobiliśmy bilans płynów i byliśmy zadowoleni, że trafiliśmy z tym dość dobrze. Gdy lekarze już byli przy zaszywaniu klatki piersiowej wypchnęliśmy maszynę do sąsiedniego pomieszczenia. Rozbiórka, przygotowanie jej do czyszczenia i późniejszej sterylizacji części mających kontakt z krwią przebiegały w sposób już wyćwiczony. Potem spotkaliśmy się u profesora dla omówienia przebiegu operacji i wniosków wynikających ze stosowania naszego płucoserca. Póki te operacje nie stały się bardziej powszednie, dyskusje były obszerne. Zaś wniosków dotyczących udoskonaleń aparatu, wiele. Tutaj często musiałem moich rozmówców sprowadzić z obłoków w ówczesną rzeczywistość i wyjaśnić możliwości techniczne uczelni.
Jeszcze króciutko wrócę do mojej pierwszej operacji. Na drugi czy trzeci dzień miałem jakąś sprawę w klinice. Tam mnie złapał profesor i zaprowadził do pacjentki, którą zastaliśmy półsiedzącą na łóżku. "Widzi pani" powiedział do niej, "to jest pan Mosler, który w czasie operacji obsługiwał maszynę" wyolbrzymiając lekko moje zasługi. Ona, mając i tak już szczęśliwy wyraz twarzy, uśmiechnęła się do mnie i mówiła z przejęciem: "Widzi pan, ja teraz już sama potrafię wstać i chodzić - tego poprzednio nie potrafiłam". I dodając: "Proszę tu posłuchać jak klika!" animowała mnie do obsłuchania wszczepionej zastawki. Słyszałem ją rzeczywiście bardzo wyraźnie.
Całe to zdarzenie miało stać się dla mnie jednym z kluczowych przeżyć w mojej "medycznej karierze".

Moje dalsze kontakty z kliniką stały się coraz intensywniejsze, w każdym razie uczestniczyłem przy wszystkich operacjach w następnych tygodniach i miesiącach. Prawie od siebie wytworzyły się wielorakie kontakty. Stałem się dla lekarzy pewnym "autorytetem" technicznym, w każdym razie zgłoszono się do mnie ze wszelkimi sprawami technicznymi. Czy były to niewłaściwie funkcjonujące aparaty, czy pomysły do ewentualnej realizacji. Z tymi ostatnimi bywało gorzej, bo choć miałem związki z techniką i za sobą uczelniany zakład doświadczalny, mała tylko ilość tych zgłaszanych pomysłów była realna. Nie wszystko mogłem - czy umiałem zrobić.
Mimo tego niebawem rozpowszechniło się w klinice ...i potem zakładzie, zdanie o najlepszym inżynierze wśród medyków i najlepszym medyku wśród inżynierów. Pochlebne dla mnie zdanie.
Zresztą starałem się rzeczywiście sprostać nadziejom we mnie pokładanym. Wiele uwag dotyczących płucoserca zrealizowano w trakcie pierwszych miesięcy. Ale powstały też nowe przyrządy czy narzędzia, które ułatwić miały pracę lekarzy i pomóc pacjentom. Gdyż patrząc teraz z perspektywy lat na ówczesne warunki leczenia i pracy lekarzy trzeba powiedzieć, że były to warunki pionierskie. W tym czasie powstało np. małe urządzenie elektryczne, które w czasie operacji miało zapobiec niekontrolowanym ruchom serca, utrudniające pracę chirurga. Był to mój chrzest bojowy przy stole operacyjnym, bo w czasie pierwszych operacji z tym przyrządem stałem i ja bezpośrednio przy stole operacyjnym i miałem swoje zadanie jak każdy inny członek ekipy!
Albo przenośny defibrylator. Klinika dysponowała jednym takim urządzeniem, dużym i ciężkim, dlatego przewoźnym. Szybkie dotarcie nim do miejsc zastosowania na wielu piętrach kliniki było uciążliwe, często bezskuteczne. Stąd pomysł zbudowania aparatu lekkiego i przenośnego. W oparciu o potencjał zakładu, zaprojektowałem taki aparat i z dużym nakładem pracy selekcjonowaliśmy następnie elementy do jego budowy. (Trzeba pamiętać, że do dyspozycji były wyłącznie elementy dostępne na rynku krajowym). Powstał aparat, który spełniał wszelkie wymogi kliniki. Był przenośny, po kilku, czy kilkunastu sekundach gotowy do pracy i dysponował dokładnym dawkowaniem energii do 400 Ws. Czyli mógł być stosowany zarówno w sali operacyjnej na otwartym sercu lub w warunkach normalnych na sali chorych.
"Mój" defibrylator (zbudowany środkami uczelni, choć bez jej wiedzy) spisywał się w praktyce klinicznej tak dobrze, że stał się powodem przetargów. Mianowicie, gdy po roku mniej więcej, kardiochirurgia została wydzielona z chirurgii ogólnej i przeniosła się do oddzielnego budynku, powstał spór pomiędzy prof. Paliwodą i kierownikiem Kliniki Chirurgicznej. Każdy czuł się właścicielem defibrylatora i każdy chciał go widzieć u siebie. Ostatecznie został w kardiochirurgii i nadal (przynajmniej przez te następne lata, przez które tam bywałem) był niezbędną częścią osprzętu i spisywał się bez zastrzeżeń.

Powodzenie techniki operacyjnej bazującej na krążeniu pozaustrojowym stało się bodźcem do myślenia nad innym zastosowaniem tej techniki. Prof. Paliwoda rozważał możliwość, czy całkowita wymiana chorej krwi u pacjenta z żółtaczką zakaźną będącego już w śpiączce, w stanie przedagonalnym, nie pozwoliłaby mu wyzdrowieć ...?
Od myśli do czynu: Pierwszy prototyp płucoserca został przewieziony do Szpitala Chorób Zakaźnych w Bytomiu. I tam przygotowano kompletną transfuzję krwi dla pacjenta, któremu lekarze w inny sposób już nie mogli pomóc. Nasza akcja tam musiała być dobrze i szybko zorganizowana. Przygotowano 8 czy 10 litrów krwi i podobna ilość płynu fizjologicznego, termostat, duże naczynia umożliwiające mierzenie ilości płynów i duży zegar. Nieprzytomnego już pacjenta przygotowano w prawie zwykły sposób do transfuzji i w pierwszej fazie schłodzono jego ciało od zewnątrz i wewnątrz. To ostatnie przy pomocy termostatu, przez który przepuszczono jego krew. Schłodzenie miało na celu powiększenie krytycznego czasu, w którym mózg będzie pozbawiony normalnej dostawy tlenu.
Rozpoczęto transfuzję przez otwieranie obiegu zewnętrznego: krew pacjenta kierowano do naczyń, zaś do pacjenta pompowano chłodny płyn płuczący. Po kilku minutach zastąpiono płyn utlenioną krwią. W fazie końcowej należało jeszcze dokonać możliwie dokładny bilans płynów, przeprowadzić ostatnie dawkowanie krwi i potem: maszyna stop! Dla obsługi maszyny praca się skończyła, nie wspominając rozbiórki i jej czyszczenie. Chirurdzy jeszcze pracowali, aż i oni pozostawić mogli pacjenta personelowi pielęgniarskiemu.

Stosowanie płucoserca w warunkach szpitala zakaźnego niosło ze sobą naturalnie więcej obciążeń dla ekipy niż normalne operacje. Tutaj trzeba było przepisy sterylnego obchodzenia się z aparatem, płynami i krwią szczególnie dokładnie przestrzegać. Nie tylko ze względu na chorego - ale i na siebie. W czasie pracowania w obszarze operacyjnym, przy otwieraniu obiegu krwi, przelewania krwi do zbiorników mogło łatwo dojść do niezamierzonego kontaktu z krwią. Z tego powodu wśród zespołu operacyjnego odezwały się coraz większe zastrzeżenia do współpracy przy tych operacjach. Tak doszło do tego, że przy trzeciej operacji zabrakło anestezjologa do płucoserca. Profesor nie miał obiekcji: "Przecież pan potrafi przygotować aparat, prowadzić go i dopilnować bilansu?" I tak stałem naraz sam wobec wszystkich problemów związanych z aparatem - i po cichu dopowiem: dałem sobie radę!
Jednak potem inna okoliczność zakończyła ten cykl eksperymentów: Asystentka profesora zachorowała na żółtaczkę.
Dla mnie osobiście te odmienne od zwykłych operacji eksperymenty, oprócz większego wysiłku i obaw o własne zdrowie, dostarczyły także dalsze, motywujące mnie przeżycie: Rozmawiałem z jednym z naszych tamtejszych pacjentów, górnikiem, w normalnym już szpitalu podczas jego pobytu rekonwalescencyjnego!

Podczas gdy w Zabrzu płucoserce było w normalnej eksploatacji, zakład zajęty był produkcją krótkiej serii aparatów. Także inne centra kardiochirurgiczne były nim zainteresowane. Oznaczało to dla mnie serię wyjazdów rozpoznawczych czy też wdrożeniowych. Tak poznałem kliniki w Warszawie, Białymstoku, Krakowie i Łodzi. Miałem okazję rozszerzenia swej wiedzy w tej dziedzinie i dokonania porównań, bo okazało się, że jeden czy drugi ośrodek zdołał zdobyć fundusze na aparat importowany (dla Warszawy właściwie samo przez się zrozumiałe).
Były to lata pouczające, te lata konstruowania i wprowadzenia polskiego płucoserca.

I prawie bym zapomniał: Choć nikt z zaangażowanych w ten projekt nie otrzymał za to choć złotówki wynagrodzenia, uhonorowano nasze dzieło w inny sposób. Trybuna Robotnicza, organ PZPR, największy i prawie jedyny wtedy dziennik na Śląsku, ustanowił nagrodę dla ludzi działających bezinteresownie dla dobra innych. My otrzymaliśmy ją, - dyplom przechowuję oczywiście do dziś.

Spisano w maju 2005 r.
(Aktualizacja w 2010 r.)

Do góry   

Odrobinę inna Pompa

Nadszedł czas, gdy prace nad płucosercem, produkcją następnych egzemplarzy, biegły już prawie same. Ja co prawda miałem jeszcze "zobowiązania" w Klinice, ale i to stało się już prawie rutyną. Stąd, tak samo od siebie, pojawiło się pytanie: Czy nie powinniśmy pomyśleć o podobnym, nowym zadaniu?
Odpowiedź z kręgu ludzi już "uzależnionych" pracą nad płucosercem była przewidywalna: Tak, powinnyśmy! - Gdyż na horyzoncie pojawiło się rzeczywiście bardzo poważne zadanie. Wyposażenie polskich szpitali w aparaturę do dializoterapii, do "przemywania" krwi ludzi cierpiących na niewydolność nerek, było mizerne - częściowo wcale nie istniało. Wobec powszechnie znanego braku dewiz, trudno było wyobrazić sobie poprawy sytuacji w najbliższych latach. Stąd propozycja pomyślenia o budowie polskiej "sztucznej nerki", aparatu wytwarzanego z materiałów dostępnych na rynku krajowym, wydawała się celowa i ponętna. Tym bardziej że zamierzenie to zbiegło się z usilnymi staraniami prof. Franciszka Kokota, kierownika Kliniki Nefrologicznej w Katowicach, na Francuskiej.

Tak doszło początkiem lat siedemdziesiątych do utworzenia przy Politechnice społecznie pracującego zespołu, którego zadaniem miało być opracowanie takiego urządzenia. Zespół działał tym razem już w aurze oficjalnego projektu uczelni i stąd oczywiście musiał wykazać się odpowiednio tytułowanymi członkami. Dokoptowano zatem profesora Henryka Kowalowskiego i docenta Aleksandra Kwiecińskiego. I dla równowagi, obrotnego i otrzaskanego w mechanice i obróbce metali Ludwika Witruka. Żeby zaś siódemka była pełna, profesor zażyczył sobie jeszcze młodego asystenta, Krystiana Szendzielorza, który pełnił funkcję sekretarza zespołu.
Nasze cotygodniowe spotkania służyły początkowo głównie konkretyzacji wizji oraz ustaleniom sposobu postępowania. Przeciwstawiono rozwiązania pożądane możliwościom wykonawczym lub lepiej rozwiązaniom opartym na polskich materiałach. Tak nasze zamierzenie powolutku nabrało kształt półautomatycznego urządzenia, w którym płyn dializacyjny musiał być przyrządzony ręcznie, dla każdej kolejnej dializy. Znane na zachodzie automatycznie działające urządzenia wykluczyliśmy z rozważań, gdyż wobec kompletnego braku oparcia w polskim przemyśle elektronicznym, nie mogły one być dla nas wzorcem.

Aby dojść do powyższych wniosków, trzeba było wiele rozmów, często kontrowersyjnych. Wykrystalizowała się główna trudność przy zamierzonej realizacji projektu: zaopatrzenie materiałowe. Zaopatrzenie w gospodarce planowej oznaczało zamówienie, czekanie na potwierdzenie i potem jeszcze odczekanie czasu dostawy. W normalnych warunkach trwało to co najmniej rok, jeśli zamówienie zostało przyjęte. Ale przy wielu pozycjach, zamiast potwierdzenia, otrzymywało się odmowę. Lub też dany materiał, dana część, po bliższym przyjrzeniu nie nadawała się, nie spełniała wymogów, jakie jej stawiano.
Innymi słowy, ten sposób zaopatrzenia się, nie mógł służyć nam przy szybkiej realizacji zadania. Warto może w tym miejscu przypomnieć, że tylko bardzo nieliczny asortyment elementów technicznych posiadał choćby spartańską dokumentację (publiczną), na podstawie której można by przeczesać rynek i dojść do poszukiwanego towaru. Właśnie towar: Większość produktów technicznych nie pojawiła się w ogóle na rynku. Gdyż wobec nagminnego braku wielu materiałów technicznych, utarł się zwyczaj, że produkt A w pierwszym zakładzie wytwarzano np. tylko dla produktu B w drugim zakładzie - czyli rynek dla wielu produktów obejmował tylko określone, w krańcowym przypadku dwa, zakłady.
Stąd szukając silnika, np. dla naszej pompy, przeczesywaliśmy produkty konsumpcyjne produkcji krajowej posiadające jakikolwiek silnik: pralki, lodówki, odkurzacze, wentylatory itp. - by w końcu dotrzeć do silnika, mieć go w ręce i móc badać jego przydatność do naszych celów.
Ta mała dygresja usprawiedliwi być może nasz odmienny sposób postępowania w kwestiach zaopatrzeniowych. Bo często korzystało się z elementów mniej idealnych dla danego celu tylko dlatego, że akurat były dostępne w naszym lub zaprzyjaźnionym zakładowym magazynie. W tej kwestii zasadniczą rolę odegrały właśnie znajomości. Praktycznie każdy z nas miał znajomego, kolegę albo nawet krewnego w kierownictwie zakładu, w którym przerabiano lub korzystano z potrzebnego nam materiału.
Ostatecznym rozwiązaniem zdobycia potrzebnego materiału pozostało "zorganizowanie". Czy to potrzebny był specjalny klej, pręt, rurka tworzywowa albo jeszcze coś niewielkiego, sposób zdobywania pozostał ten sam. Gdy tylko znany był zakład, brało się delegację służbową i odwiedziło dany zakład. Najlepiej wydział konstrukcyjny, gdzie po rozmowie i przedstawieniu naszej sytuacji, dostawało się zazwyczaj pożądaną rzecz. Bezpośrednio do przezornie zabranej grubej aktówki. I czasem znalazł się też człowiek, w którego towarzystwie, można było sprytnie ominąć zbyt skrupulatną obsadę portierni.
Tak jak np. z odrobinę większą częścią. Blacha ze stali nierdzewnej była produkowana w hucie Baildon. Jednak kupować jej od ręki nie można było, bo przeznaczona była głównie na eksport. Jeden z członków naszej ekipy znał jednego z dyrektorów huty, studiowali razem. Stąd po wyjaśniającej rozmowie dostał przepustkę i mógł swoim prywatnym samochodem wjechać na teren zakładu. Tam mu dyskretnie zapakowano dwa, w rulon zwinięte arkuszy blachy do bagażnika, i z dyrektorem za kierownicą opuścili zakład. Po prostu tak sobie ...

Prawie wszystkie, dla aparatu potrzebne elementy, musiało się wytworzyć w zakładzie. Dobrze, jeśli ten czy inny silnik można było przystosować do pracy w "sztucznej nerce". Jednak pompy należało już konstruować w zakładzie -formy, wtryski i potem długie próby niezawodności. Z innymi składnikami też było mnóstwo pracy i czasem kłopotu: Zbiornik do płynu, system wężowy, ogrzewanie dializatu, systemy nadzorcze temperatury i hematokrytu, sprawy sterylizacji itd., itd. - Dobrze, żeśmy dla większości problemów mieli naszego w boju zaprawianego Rudka, szefa biura konstrukcyjnego Rudolfa Wojnara, z jego prawą ręką, obrotnym i pełnym pomysłów Günterem Voelkel.

Jednak wspólnie przebrnęliśmy przez wszystkie te trudności i prototyp znalazł się w Katowicach, w Klinice prof. Kokota. Tam musiał przejść "próbę ogniową", pod okiem lekarzy i pielęgniarek. Zakwestionowano te czy inne drobiazgi, zaproponowano takie czy inne polepszenia - jednak ocena całkowita pozostała pozytywna.

*    *    *    *    *
Koniec naszej pracy zatem? - Tak, jeśli chodzi o prototyp. - Nie, gdy szło o przygotowanie aparatu do produkcji seryjnej, gdyż tu inne wymogi wysuwały się na plan pierwszy. Produkcja serii musiała odbyć się w zakładzie produkcyjnym.
W tym czasie doszło do mego przeniesienia do młodego wtedy Ośrodka Techniki Medycznej w Zabrzu (z dużym Oddziałem Rozwojowym i takimi samymi możliwościami produkcyjnymi). I temu ośrodkowi (Ś.O.T.M.) powierzono zadanie doprowadzenia prototypu do dojrzałości produkcyjnej i wyprodukowania pierwszej serii 25 sztuk.

Tak w każdym razie wyglądała teoria mających głos w tej sprawie władz śląskich: Politechniki Śląskiej, Śląskiej Akademii Medycznej i Komitetu Wojewódzkiego Partii w Katowicach - no, może w odwrotnej kolejności. W praktyce miało jeszcze głos Zjednoczenie OMEL w Warszawie, zwierzchnia instytucja ośrodka zabrzańskiego.
Już w pierwszej chwili pojawił się w tym miejscu konflikt interesów. Okazało się bowiem, że w zjednoczeniowym Ośrodku Rozwojowym w Łodzi, od lat biega praca mająca na celu skonstruowania właśnie aparatu do dializoterapii, takiego, jakiego na Śląsku skonstruowano tak mimochodem prawie, łącznie z próbami klinicznymi. Podczas gdy wieloletnia praca w Łodzi nie wyszła poza fazę projektową, nie wspominając prób...
Stąd okazało się niebawem, że Warszawa widziała swe główne zadanie w hamowaniu prac zabrzańskich. Począwszy od wyszukiwania różnych paragrafów, poprzez ograniczenia dewizowe (i myśmy potrzebowali kilka dolarów dla każdej nerki) aż do nakazu włączenia "łódzkich dóbr myślowych" do naszego opracowania. To oczywiście okazało się pełną fikcją, bo różne zaczątki tamtego projektu okazały się, już podczas mego pierwszego pobytu w Łodzi, zupełnie nieprzystające do naszych rozwiązań.
Stąd odsunęliśmy te sprawy sporne poza nasz krąg zainteresowania i zajęliśmy się sztabowo organizacją całości. W moich rękach zbiegły się wszystkie nitki wokół zaplanowanych prototypów i serii. Wraz ze zespołem młodych inżynierów i techników pracowaliśmy przy wielu problemach równocześnie. Chcieliśmy możliwie szybko postawić na nogi 3 nowe prototypy - podstawę przyszłej serii. Serię trzech sztuk dlatego, aby one mogły przejść obszerne i niezależne badania kliniczne oraz badania w Centralnym Ośrodku Techniki Medycznej, placówce dopuszczającej aparaturę medyczną Ministerstwa Zdrowia.
Koordynacja spraw zaopatrzeniowych dla prototypów, ze względu na terminy, była trudną sprawą. Ale trudniejszą jeszcze była dla materiałów przewidywanych do użycia w serii, gdyż tu musieliśmy często postępować intuicyjnie: Czy przewidywane rozwiązanie spisze się w praktyce, czy dany materiał przejdzie badania kontrolne? Bo np. dla wszystkich materiałów stykających się z dializatem trzeba było uzyskać zaświadczenia ich nieszkodliwości. Ale u kogo? Różne laboratoria krajowe nie chciały się podjąć takich badań, u innych terminy były bardzo odległe. Z mego punktu widzenia takie badania (nieznanych im) materiałów były dla większości z nich o numer za duży. Orzeczenie o nieszkodliwości coraz większej ilości stosowanych w Polsce materiałów dopiero zaczynał być problemem.
Podobna była sprawa bezpieczeństwa elektrycznego. Czyli znów dobór materiałów i pomiary podczas normalnej pracy albo awarii. Aparat do dializoterapii musiał spełniać wymogi aparatury pracującej na odkrytym sercu. Dobrze, że mieliśmy dosyć dobrze wyposażone laboratorium do takich pomiarów. - Ten czas był dla mnie okresem wędrówek przez Polskę: Materiał, nowe technologie, badania, wszystko starałem się załatwić bezpośrednio na miejscu, by zdążyć na kolejny termin, skończyć kolejny etap.

Dużą trudnością - właśnie ze względu na bezpieczeństwo, było znalezienie optymalnego rozwiązania podgrzewania płynu. Skuteczne oddzielenie płynu od elementu grzewczego, przy równoczesnym nieutrudnieniu czyszczenia i sterylizacji, okazał się jednym z trudniejszych zagadnień. Mieliśmy trochę zmartwień przy zastosowaniu nowości: ogrzewanie płynu w cylindrze szklanym, którego powierzchnia zewnętrzna pokryta była warstwą przewodzącą prąd. W sumie jednak prace postępowały zgodnie z przewidywaniami i mogliśmy oddać pierwszy aparat do COTM-u. Tutaj aparat spisał się dobrze, oprócz łatwych do porawienia drobnostek nie było zasadniczych zastrzeżeń. Aparaty prototypowe zostały zwolnione do prób klinicznych!

Podsumowując ten etap prób w kilku klinikach, mam właściwie same pozytywne wspomnienia. Tam, gdzie brak aparatury był dokuczliwy, nasza "nerka" była oceniana bardzo pozytywnie. W Warszawie natomiast, gdzie pracowano już z automatyczną aparaturą importowaną, znalazła ona mniej entuzjastycznych użytkowników. Siostry niezadowolone były z dodatkowej pracy, związaną z ręcznym przygotowaniem dializatu. Właściwie żaden problem, chociaż woda na młyn dla tych osób, którzy chętnie widzieliby fiasko śląskiego przedsięwzięcia.
W owym czasie trudno mi było zrozumieć takie stanowiska negujące zdrowie i życie wielu ludzi w jakimś tam własnym interesie. Czy to z powodu konieczności przyznania się do błędnej polityki w prowadzeniu zakładu lub widokiem nieotrzymania dewiz na import kolejnych aparatów?
To ostatnie przypuszczenie szczególnie mnie bulwersowało. W tym okresie już prawie wyprodukowano 25 aparatów, ale wszystkie bez pewnych elementów elektronicznych, które można by byłe nabyć, gdyby były dewizy. Jednak te, w ilości kilku procent wartości importowanego aparatu, Zjednoczenie nie mogło nam udostępnić.
W takim nastroju miałem termin do rozmowy u prof. Kokota w Katowicach. W sekretariacie poproszono mnie o trochę cierpliwości, gdyż profesor ma niespodziewanego gościa. Rzeczywiście po kilku minutach wyszedł człowiek, z wyglądu górnik. Wszedłem do gabinetu, i tu profesor bez słowa wskazał mi głową krzesło. Usiadłem,i dostosowując się do niego, także milczałem. Tak siedzieliśmy pewną chwilę, aż profesor się jak gdyby otrząsnął, i wskazując na drzwi, powiedział: "I znów podpisałem wyrok śmierci". I widząc moje zdezorientowanie, dodał: "Ten człowiek potrzebuje regularną dializę. Jednak my nie mamy nawet wolnej godziny. Dokąd on ma pójść?" I za chwilę: "Zróbcie coś. Pośpieszcie się!" - Robiłem co mogłem, moi dyrektorzy też: w zjednoczeniu i ministerstwach. A rezultat: Czekać!
Był rok 1977, gdy dostałem zezwolenie - czyli paszport - na mój pierwszy wyjazd na zachód. Widząc, że sprawa nerek jest praktycznie zakończona, zaś w sprawie dewiz niczego nowego, poza czekaniem nie wymyślę (gospodarka planowa!), skorzystałem z dużym zadowoleniem z nadarzającej się okazji. Wystąpiłem o urlop i pożegnany wieloma życzeniami (niektóre nawet dosłowne) rzuciłem się w tą zupełnie nową dla mnie przygodę.

Z tej przygody opiszę tylko fragment, związany z aparaturą do dializoterapii. Literatura i czasopisma zachodnia była w Polsce dla mnie raczej trudno dostępna, i tylko w ograniczonym wymiarze. Internetu i dzisiejszych możliwości informowania się naturalnie nie było. Stąd, będąc na zachodzie, chciałem ten deficyt troszeczkę zmniejszyć. Znając Klinikę Nefrologiczną Uniwersytetu w Akwizgranie z publikacji, wystosowałem do jej szefa, prof. dra med. Roberta Heinza list, w którym się przedstawiłem, prosząc równocześnie o umożliwienie mi zapoznanie się z kliniką.
Już następnego dnia sekretarka profesora przekazała mi telefonicznie zaproszenie na całodzienną wizytę, rozmowę z profesorem i zapoznanie się z kliniką. I rzeczywiście, profesor wziął sobie czas na interesującą rozmowę, by następnie przekazać mnie w ręce lekarza odpowiedzialnego za oddział dializ. Zapoznałem się z organizacją pracy na tym oddziale i obejrzałem pracujące tam automatyczne aparaty. Notowałem interesujące mnie szczegóły oraz rozmawiałem z pielęgniarką, która podczas samej dializy rzeczywiście nie miała dużo pracy. Mogła polegać na obszernej aparaturze kontrolnej.
Na ciekawą dla mnie sprawę natknąłem się w mniejszym pokoju obok sali ogólnej. "Tutaj odbywa się szkolenie członków rodziny chorego w obsłudze aparatury" tłumaczył mi lekarz. "Chory dostaje aparat do domu, do wyłącznie swego użytku i odciąża tym nasz oddział." Byłem zdumiony, gdyż znając nasze warunki, nie wyobrażałem sobie taką "rozrzutność" przy wykorzystaniu jednego aparatu. Ponoć jednak ten sposób miał szereg pozytywnych aspektów i był wtedy bardzo propagowany.
Nasze rozmowy kontynuowaliśmy podczas obiadu, na który zostałem zaproszony. Potem zaopatrzyłem się jeszcze w prospekty i literaturę i późnym popołudniem wybrałem się w drogę powrotną.
Ten dzień w Akwizgranie pozostał dla mnie dniem bardzo pouczającym.

I znów byłem w Zabrzu. Z powrotem w rzeczywistości, gdzie 25 aparatów dalej czekało ...  -    Ja niestety musiałem znów pracować w znanej mi codzienności. Na szczęście mogłem swoje obserwacje, swoją zdobytą nową wiedzę wprowadzić w minimalnych dawkach do naszej pracy rozwojowej. Więcej tej wiedzy jednak, jak i szersze horyzonty na dializoterapię przekazać mogłem swoim współpracownikom - i to mnie najbardziej satysfakcjonowało.
Jednak nie na tym chciałem zaprzestać. Dlatego napisałem w tych dniach artykuł, naświetlający problemy polskiej dializoterapii w aspekcie (również) mojego nowego spojrzenia na to zagadnienie. Naturalnie wspomniałem naszą ciernistą drogę dotarcia do prototypu, o zbędnej dwutorowości tego opracowania i naturalnie aktualnych "problemach" dewizowych. Jednak wszystko raczej spokojnie i konstruktywnie. Publikacja artykułu, ocenionego przez odpowiedzialnego redaktora jako bardzo interesujący i dobrze naświetlający aktualne problemy, była przewidywana w miesięczniku Ministerstwa Zdrowia "Problemy Techniki w Medycynie".
Jednak sprawy potoczyły się inaczej. Gdy już czekałem na wydruk próbny do ewentualnej korekty, zadzwonił do mniej ów redaktor i bardzo nieswoim głosem oznajmił: "Wie pan, Zjednoczenie OMEL dowiedziało się o tym artykule i wyegzekwowało zakaz jego publikacji. Przykro mi." Podziękowałem temu panu za wiadomość i odrobinę później - w okolicznościach opisanych w innym miejscu - za moje miejsce pracy w Zabrzu.
Dzisiaj wiem, że nie tylko Zjednoczenie maczało palce przy zakazie publikacji - głównym powodem były kryteria Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, które skutecznie chroniły społeczeństwo przed wiedzą o niewydolności ustroju i błędach władz.

Pozytywna strona całości: Nadszedł dzień, w którym ukończono budowę tych aparatów i przekazano je użytkownikom.  -  Oraz, jak miało być inaczej, autorzy pierwszego prototypu zostali uhonorowani w prasie i dyplomem, zaś wykonawcy serii odpowiednikiem Ministerstwa.
2005 r.

Do góry   

  Do spisu treści: /Ojczyzna
  Do głównego spisu treści