Do spisu treści "Ojczyzna dzieciństwa i młodości"
Do Prywatności


Tadeusz


Niniejszy rozdział ma być poświęcony memu najlepszemu koledze i najbliższemu przyjacielowi  -  oraz stać się kanwą dla jego wspomnień o rodzinnych stronach, o rodzinie i przeszłych czasach, tak, jak on je odbierał.

Czyli znajdziemy tu zarówno moje myśli i wspomnienia na ten temat - jak i Jego opowiadania i retrospekcje ostatniego półwiecza.



Coś na miarę wstępu.   Myśląc o dawnych czasach, myślę przede wszystkim o ludziach. Właściwie cała przeszłość to ludzie i mnogość z nimi kontaktów. Każdy prawie kontakt, czyli człowiek, z którym się bliżej zetknąłem, zostawił jakiś ślad w mojej osobowości. Jest to np. konkretna wiedza nabyta w szkołach lub sposób zachowania i znalezienia się w społeczeństwie. Są to wiara i składniki kręgosłupa moralnego, wyniesione z domu rodzinnego, lub też pewne nauczki wiążące się z konkretnym człowiekiem.
Od wczesnej młodości pamiętam pewne przykazanie: "Karolku, nie mówi się do starszego: 'Nie, to nieprawda'...". - Dla niektórych dzisiaj być może anachroniczny przekaz dawnego szacunku wobec dorosłych, przełożonych lub starszych - który na pewno jest dyskusyjny. Jednak dla mnie jest nadal elementem, wartym uwagi, jest po prostu jedną z podstaw dawnych "dobrych obyczajów".
Lub zdanie innego starszego człowieka: "Ucz się Karolku, i czytaj, wciąż czytaj. Nie pożałujesz." I rację miał, stwierdziłem przed pięćdziesięciu laty i twierdzę dzisiaj nadal.
To dwa z bardzo wielu przykładów pozytywnych kontaktów mej wczesnej młodości. Później bywało też odwrotnie. Poznałem ludzi złych, podstępnych i pozbawionych skrupułów. Na szczęście tych było wyraźnie mniej, ale skorzystałem i tu, traktując ich - zgodnie z potocznym powiedzeniem - jako "zły przykład".
Miałem też jednego czy drugiego "dobrego starszego przyjaciela". I to oni byli wzorami dla wielu niuansów mego moralnego i zawodowego "JA". Jednak nie o nich chcę w tym miejscu pisać.
Przeznaczyłem je bowiem, jak zaznaczyłem wyżej, dla najdłużej i do dziś owocnie trwającej   znajomości-koleżeństwa-przyjaźni z  Tadziem.






Treść:

   1.  Pi, pi, pi  -  Wspomnienia - Powtórka z historii
   2.  Praktyka to - li tylko wczasy? - Reportaż z niecodziennej praktyki
   3.  Rower i ja - Początek mojej turystyki rowerowej i jedna spartańska wyprawa
   4.  Wyprawa krajoznawcza - Rowerem i na nogach przez dziewicze jeszcze Bieszczady
   5.  Tadeusz i ja - Retrospekcja
   6.  Profesorowie - Wspominki lat politechnicznych
   7.  Jubileuszowe wspomnienia - Reminiscencje po spotkaniowe roku 2010

- Do góry -




Pi,   pi,   pi

Kiedy ostatnio media przypomniały nam, że minęło właśnie 50 lat od czasu kiedy w przestworza uleciał pierwszy sputnik, to przy tej okazji wróciłem pamięcią do tamtych dawnych jesiennych dni i wspomniałem sobie, jak z głośnika w akademiku na Łużyckiej usłyszałem ciche „pi, pi, pi”.
Ale przy tamtych wspomnieniach sputnika, cofnąłem się przy okazji jeszcze o jeden rok, kiedy w październiku 1956 roku na naszej uczelni ogłoszono wyjazd na wykopki. Ponieważ w trakcie takiej akcji zajęcia się nie odbywały, a ja do obowiązków studenckich podchodziłem raczej rozrywkowo, ochoczo przyłączyłem się do tych, którzy zdecydowali się na taką atrakcyjną przygodę. Z naszego otoczenia w akademiku chyba wszyscy byli chętni (chyba jedynie Duży Kaziu nie) Koreańczycy też.
Po dwóch tygodniach pobytu w zupełnie innym świecie, odcięci od wszelkiej cywilizacji, wróciliśmy do politycznie rozkołysanej uczelni. Był koniec miesiąca i przywrócony do łask Gomułka obiecywał bardzo duże zmiany w Polsce. Równocześnie na Węgrzech trwała rewolucja. Akademiki w tych przemianach były bardzo aktywne i huczało tam jak w ulu. Pomiędzy akademikami A i B palono na stosie różne książki, materiały propagandowe m.in. „Krótki kurs historii WKP(b)" studenci przeżywali zmiany nazw ulic np. ze Stalina na Dworcową, na dziedzińcu Wydz. Budowlanego studencki wiec, na Placu Wolności mało co, a nie rozebrano by pomnika „wdzięczności”, studenci stali w kolejkach, aby oddawać krew dla Węgrów. Nieco później na to wszystko nałożyła się jeszcze atmosfera wyłaniania na uczelni kandydatów na posłów do nowego sejmu.
Wystąpienia w czasie zebrań przedwyborczych w auli na ul. Konarskiego: prof. Fryzego, prof. Lawiny, czy naszego prof. Plamitzera należały wówczas dla nas studentów do największych atrakcji i żyją w mojej pamięci do dziś. I myślałem, że wszyscy z naszego studenckiego świata tak głęboko przeżywali tamten czas, że mają to zawsze pod skórą, pomimo tego, że minęło już pół wieku. I otóż jakiś czas (może 3, a może 5 lat) temu doznałem porażenia i przekonałem się, że nie jest tak jak sobie wyobrażałem. W czasie spotkania z kolegą z czasów studenckich, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, plotkowaliśmy o dawnym gliwickim życiu. We wspomnieniach, po wielu różnych tematach, doszliśmy do naszych „wykopków”, w których on też brał udział. Rozmowa zeszła na polityczną stronę tamtych październikowych wydarzeń, co dla mnie było oczywistym i naturalnym ciągiem, gdyż one się na siebie czasowo nakładały. Zauważyłem u Kolegi, że zupełnie nie kontaktuje w temacie i postawił osłupiające dla mnie pytanie: co się faktycznie stało w październiku 1956 roku, a mnie ze zdziwienia ręce opadły.
Może warto zadać pytanie: dlaczego o tym wszystkim wspominam? Otóż na powyższym przykładzie widzimy jak różnie wrażliwy jest człowiek i wybiórcza jest pamięć ludzka. U mojego znajomego nie zawiodła pamięć, bo on nie miał czego zapomnieć, bo, jak mi powiedział, nic nie przeżył, nie zauważył tego co się wokół działo. Żyć i być w społeczeństwie, a równocześnie w nim duchowo nie uczestniczyć. Dla mnie jest nie pojęte, aby człowiek dorosły, który żył tak blisko mnie, w tym samym czasie i mieście, takie ogólnopolskie polityczne zamieszanie, jakie miało wówczas miejsce mogło przejść niezauważone koło nosa. Tym bardziej, że przez wiele lat i później czas ten nazywany „polskim październikiem” był ciągle traktowany jako okres niespełnionych politycznych obietnic i nadziei. A wracając do sputnika, jeśli kiedyś będę rozmawiał z tym kolegą, to się zapytam, czy może pamięta to kosmiczne wydarzenie z tamtych czasów.
TR

- Do góry -



Praktyka w Wałbrzychu


Na apel, a można też powiedzieć, na wezwanie mojego kolegi, z którym odbyłem tę praktykę, stoję przed nie lada trudnym zadaniem, bo po blisko pół wieku grzebię w pamięci, aby wydobyć stamtąd jakieś mocno już przykurzone wspomnienia. Ponieważ po pierwszym roku w innym nieco składzie byłem również na praktyce w tej miejscowości, niewykluczone, że niektóre wydarzenia mogą mi się mylić w czasie.

Ówczesnym zwyczajem, w celu przybliżenia studentom wiedzy praktycznej, było odbywanie praktyk zawodowych. W zależności od tego, gdzie się trafiło i jaki solidny zakładowy pracownik sprawował nad nami nadzór, pobyt przybierał bardzo różny charakter. Na ogół byliśmy traktowani jako Ci, którzy nakazem z "góry" przybyli i muszą się kręcić, a faktycznie nie wiadomo było co z nami zrobić. W trakcie szóstego semestru, dowiedzieliśmy się, że można sobie w jakiś sposób uatrakcyjnić, lub nawet "zorganizować" na własną rękę w wybranym przez siebie zakładzie pracy obowiązkową praktykę. Organizowały się wtedy różne grupy kolegów chcących razem przeżyć przygodę wakacyjną. Miejscowi załatwiali sobie pracę w kopalniach, lub w jakichś innych firmach, związanych z górnictwem.

Mały Kaziu i ja byliśmy z Bożej łaski małopolskimi górnikami, nie przystawaliśmy swoją górniczą postawą do reszty grupy i w zasadzie było nam "ganz egal", gdzie zaliczymy te parę tygodni praktyki. Nasze ochoty szły raczej w kierunku połączenia turystyki z uczelnianym obowiązkiem. Do naszego myślenia dołączył Karol, który zazwyczaj w wakacje pracował zarobkowo, ale tym razem zdecydował się na wyjazd z Gliwic. On to w imieniu naszej trójki napisał list do kop. Mieszko w Wałbrzychu, bo przy tej kopalni była elektrownia i to było chyba dla nas zasadniczą zawodową zachętą. A ze względu na bardzo dużą krajoznawczą atrakcyjność tamtejszych terenów, pobyt w Wałbrzychu rysował się bardzo ciekawie. Kiedy po jakimś czasie "przyszła" z kopalni na Politechnikę zgoda, mieliśmy już sprawę "zaklepaną" i po zdaniu paru egzaminów letniej sesji wyruszyliśmy we trójkę do Wałbrzycha, gdyż praktyka rozpoczynała się 1 lipca 1958 roku.
Pojechaliśmy pociągiem przez Wrocław, i dalej przez Jaworzynę Śląską, Świebodzice. Do dziś mam w oczach sterczące na wysokości ok. 20 - 40 cm kikuty słupów trakcji elektrycznej wzdłuż tej linii kolejowej. Były to pozostałości konstrukcji stalowych ściętych palnikami gazowymi po wkroczeniu Rosjan na te tereny, a wywiezionych jako zdobycz wojenna. Trudno odgadnąć dalszą przydatność, demontowanych w ten niszczący sposób urządzeń elektrycznych, dla rozwoju kolejnictwa na wschodzie. Kopalnia zakwaterowała nas - jedynych mieszkańców pustego w wakacje, dużego internatu jakiejś szkoły kopalnianej. Budynek położonego był w dzielnicy Pogórze, na górującym nad pozostałym terenem, niewielkim wzniesieniu.

Nie byliśmy nazbyt gorliwymi praktykantami. Wydaje mi się, że zaledwie kilka razy zgłosiliśmy się, aby się przypomnieć, że istniejemy. Nikogo to jakoś w zakładzie nie interesowało. Do dziś w pamięci pozostały mi tylko dwa spotkania z celem naszej praktyki: raz w kopalni i raz na tzw. zapoznaniu się z elektrownią kopalnianą. Do kopalni zjechaliśmy we "wzmocnionej" grupie o Helę -/ żonę Karola, bo na kilka dni przyjechała z Gliwic do męża. "Robiła" za naszą koleżankę i udawała studentkę, nie było żadnych formalnych problemów, abyśmy wszyscy razem w towarzystwie nas oprowadzającego, przebrani za prawdziwych górników parę godzin spędzili na dole. Byłem, podobnie jak Mały Kazik zupełnie "zielonym" w kopalnianym obejściu i wszystko dla nas było nowością. Padliśmy nawet ofiarą dowcipu, jaki wyrządził nam nasz opiekun. Gdzieś w bocznej wnęce chodnika stało kilka kubłów, zakrytych wiekami. Zainteresowaliśmy się tym - pytając co to jest? Nasz przewodnik miał widocznie poczucie humoru, bo podpowiedział nam, abyśmy unieśli pokrywy i sami zaglądnęli do wnętrza. Któryś z nas to zrobił, a wtedy wydobył się stamtąd smród charakterystyczny dla "zapachów" szamba. W ten sposób dowiedzieliśmy, że w kopalniach górnicy też czasem mają naturalne potrzeby i coś z "tym" trzeba później zrobić. Już teraz nie pamiętam, czy dociekaliśmy dalej szczegółów.
Natomiast z wiedzy technicznej z tej praktyki do dziś noszę w pamięci wrażenie jaki zrobił na nas silnik asynchroniczny krótkozwarty o mocy 2 MW. Dla nas elektryków takie urządzenie, było ciekawostką bardzo dużej miary. Silnik ten miał swój oddzielny transformator, który zasilał go w czasie rozruchu, odbywającego się bardzo rzadko. Silnik napędzał pompę zasilającą kocioł parowy w wodę.

Nie będąc solidnymi praktykantami, wypadało nam jakoś w inny sposób wypełniać sobie czas. Zwiedzaliśmy więc okolice wędrując na bliższe i dalsze wycieczki. Byliśmy w Karpaczu połączonym z wejściem na Śnieżkę i zaglądnięciem do Bierutowic, aby zobaczyć drewniany, przeniesiony kiedyś ze Skandynawii - kościółek Wang - gdyż do Karkonoszy nie było daleko i taki wyjazd mieścił się w jednym dniu i nie musieliśmy wydawać drobnych na jakiś nocleg. Na Śnieżce "obowiązkowo" należało zaglądnąć do czeskiego schroniska turystycznego, bo to była już zagranica, choć nielegalnie przekroczona. Granicy pilnie strzegli polscy i czescy pogranicznicy. Kiedy wchodziłem do schroniska, usiłowałem udawać "Czecha" i zaimponować swoją znajomością obcych języków - pozdrowiłem obsługę słowem "nashledano", co po naszemu znaczy "do widzenia" i w ten sposób zdradziłem się, że jestem Polakiem, co oczywiście sprawiło, że zostałem wyproszony. Koledzy -Karol i Mały Kazik - byli sprytniejsi, nic nie mówili i mogli pozostać w schronisku.

Nasza kwatera w Wałbrzychu, początek wszelkich wypraw, była nieopodal tunelu toru kolejowego prowadzącego z Wałbrzycha w kierunku Jedliny Zdrój. Nie pomnę już jak to, ze względu na nasze bezpieczeństwo, było możliwe, że dość często chodziliśmy tym tunelem w kierunku Jedliny, gdyż górą przez las, było zbyt "daleko" dla nas. W 1958 roku, od wojny minęło już 13 lat, jednak wszędzie można było jeszcze znaleźć jej ślady. Biedne, choć zapewne kiedyś zadbane domostwa, teraz zamieszkałe chyba w większości przez byłych mieszkańców ziem zostawionych za Bugiem, ludzi, którzy nie czuli się tam właścicielami, ani gospodarzami robiły na mnie okropne wrażenie. W jedlińskim zdrojowym parku były tylko cokoły po dawnych pomnikach, teraz pozbawionych figur. Wszystko zdewastowane i zniszczone. W moim starych zdjęciach z tamtych czasów, zachowała się fotka, jak z dość głupawą miną stoję na cokole i udaję jakąś postać.
Zostało mi w pamięci, że kilkakrotnym celem udawania się do Jedliny była jakaś dziewczyna, ale skąd ona na naszej drodze się znalazła, tego już nie pamiętam. Karol, który w moich oczach był zawsze "pies, albo lew na kobiety" nadawał ton tym spotkaniom. Kiedyś w jakiś deszczowy dzień, doszło nawet do obrażenia się Karola na mnie i Kazika, bo jakoś nie przejawialiśmy obaj ochoty na pójście na spotkanie z Tereską (chyba tak miała na imię). Jako powód nieporozumienia Karol podawał nam, że nie wypada być niesłownym, bo przecież umówiliśmy się z nią. Ja się nie umawiałem, bo cała inicjatywa tych kontaktów była w ręku Karola, gdyż ani Kazik, ani ja nie byliśmy "lwami salonowymi", tym bardziej, że to dziewczę nie było czymś szczególnym. Nie rozumiałem imponderabiliów naszego starszego kolegi, ale koniec końców, obrażony na nas, poszedł na spotkanie, aby w ten sposób samotnie ratować nasze honory.

Kiedyś wracaliśmy z Jedliny bardzo późną porą, aby nie powiedzieć nocą. Zwykle chodziliśmy leśną ścieżka, ale teraz jakoś nie zdecydowaliśmy się iść tamtędy i wybraliśmy się okrężną, pustą o tej porze drogą, co spowodowało, że się nam mocno ściągnęło, do tego stopnia, że koło północy jeszcze byliśmy daleko od "swojego" internatu. Gdyśmy środkiem szosy "drałowali", nagle zostaliśmy oświetleni światłami samochodowymi i otoczeni przez milicjantów. Zaskoczeni tym zajściem wszyscy trzej straciliśmy język w gębie, gdy zarzuciły nas pytania patrolu - kim jesteśmy, skąd i dokąd idziemy i dlaczego się tak plączmy po nocy?. Chyba mieliśmy ze sobą legitymacje studenckie i naszym wyjaśnieniom widocznie milicjanci dali wiarę, bo wszystko zakończyło się tym, że samochodem, ku naszej radości zostaliśmy podwiezieni do naszej bursy. Już w samochodzie milicyjnym objaśniono nam, że te tereny są bardzo niebezpieczne, że nie należy się wałęsać po nocy, bo kręci się różna szumowina, a kilka dni temu popełniono w okolicy morderstwo. Przy okazji należy wspomnieć, że tzw. Domy Górnicze, których w Wałbrzychu było bardzo wiele, a w których była zakwaterowana zbieranina z całej Polski, pracująca w okolicznych licznych kopalniach, w tym czasie nie cieszyły się dobrą sławą, bo były siedliskiem różnych podejrzanych elementów prowadzących ze sobą porachunki i gdzie jedyną rozrywką było picie wódki i przy tej okazji mordobicia.

W ramach poszukiwań atrakcji turystyczno-krajobrazowych łaziliśmy szlakami turystycznymi w Górach Sowich, położonych niedaleko Wałbrzycha. Wpierw pociągiem trasą z Wałbrzycha na Nową Rudę, zajechaliśmy do stacji kolejowej Świerk (ze względu na nazwę tej miejscowości, do dziś ją pamiętam). Stamtąd już za znakami turystycznymi wyszliśmy na najwyższe wzniesienie Gór Sowich - Wielką Sowę. Na tym szczycie była murowana w kształcie wąskiej wysokiej rotundy, znacznie górująca nad drzewami - wieża widokowa, skąd roztaczał się bardzo rozległy widok na okolice z zagłębiem wałbrzyskim włącznie. Z Wielkiej Sowy zeszliśmy w kierunku wschodnim do Walimia. Atrakcją dla nas była dalsza jazda z Walimia jedno-wagonową torową kolejką, coś w rodzaju tramwaju bo o napędzie elektrycznym. Szkoda, że będąc w tej miejscowości nie poszwędaliśmy się więcej po okolicy, bo być może natrafilibyśmy na pozostałości potężnych budowli zlokalizowanych w okolicznych lasach i pagórkach.
Już znacznie później od czasu, do czasu publikatory podawały sensacyjne wieści o tamtejszych tajemnych podziemnych fabrykach pracujących na rzecz potęgi militarnej Hitlera. Przy tych olbrzymich pracach budowlanych zatrudnieni byli więźniowie obozu koncentracyjnego w Gross Rosen obecnie Rogoźnica, specjalnie urządzonego dla tego celu. Ponieważ to przedsięwzięcie w machinie wojennej było uznane jako tajne, wszyscy zatrudnieni pracowali z wyrokiem śmierci, choć o tym nie mieli pojęcia. Do tej pory zachowały się potężne betonowe sztolnie zalane wodą i inne wyminowane hale podziemne. Trudno teraz ocenić co jest plotką, a co jest prawdą. Podobno tam była budowana i już częściowo nawet pracowała fabryka "Wunderwaffe". Faktem jest, że do tej pory ciągle organizowane są jakieś grupy poszukiwawcze, które penetrują tamtejsze ruiny i podziemia.

Chodzi mi też po głowie zwiedzanie Kłodzka z imponującą, górującą nad miastem cytadelą, Bolesławca z muzeum Kutuzowa, Świebodzic, zamek w Książu i innych okolicznych miejscowości, ale może to było innym razem. Jak wspomniałem wyżej, w Wałbrzychu byłem też już wcześniej, ale również i potem, bo w Szczawnie Zdroju na przełomie lat 80/90 leczyłem w sanatorium swoją kamicę nerkową. W 1968 roku w Legnicy, czyli też niedaleko, spędziłem 2 miesiące na przeszkoleniu wojskowym i każdą wolną chwilę poświęcałem na zwiedzanie tamtych terenów.

Osobną uwagę chcę poświęcić mojemu dziwactwu, bo gdy jestem gdzieś we świecie, czy w kraju, czy za granicą i kiedy dysponuję wolną chwilą mam hobby chodzenia po miejscowych, szczególnie starych cmentarzach. I tutaj wspomnę moje przygnębiające wrażenie, jakie siedzi we mnie od tamtych czasów, kiedy zaglądałem na wałbrzyskie i okoliczne cmentarze. Wszystko co nosiło znaki czasów przedwojennych, było zdewastowane, sprofanowane i zniszczone. W takiej sytuacji zawsze starałem się przenieść wyobraźnią na polskie cmentarze, które zostały na wschodzie za obecną granicą. O tym, jak nasze, opuszczone wschodnie cmentarze wyglądały podobnie do tych na tzw. "ziemiach odzyskanych" i że przeszła przez nie ta sama wschodnia "kultura", przekonałem się za kilka lat, kiedy 1969 roku, w drodze do Bułgarii, będąc we Lwowie, zaglądnęliśmy na słynny cmentarz Łyczakowski. Dziwne jest podejście ludzi do tych spraw, bo Ci co niszczyli cmentarze niemieckie, zostawili przecież daleko groby swoich bliskich i nie przyszło im do głowy to, że one też mogą być tam za Bugiem w ten sam sposób profanowane.

Widocznie jakaś szczególnie ciepła aura zaprowadziła nas nad sztuczne jeziorko na rzece Bystrzyca, koło Zagórza Śląskiego, nieopodal Wałbrzycha. Korzystaliśmy tam z kąpieli i uprawialiśmy kajakarstwo. Przy okazji zwiedziliśmy górujące nad tym jeziorkiem dobrze zachowane ruiny zamku z XIII wieku - Grodno. Na dziedziniec zamkowy wchodziło się przez ładną, potężną w kształcie wieży dobrze zachowaną bramę, a nad portalem było barwne malowidło (chyba nowszej historii) sceny z polowania na jelenia. Do dziś pamiętam wrażenie, jakie zrobiły na mnie kości kiedyś uwięzionej osoby w lochu głodowym. Na umieszczonej obok tablicy przeczytaliśmy legendę o Księżniczce. Teraz, gdy po latach piszę o tej historii z własnej ciekawości zaglądnąłem do przewodnika i w pamięci odżyła treść słyszanej legendy:

--- Pojawi się odrobinę później ---

Wypełniając nasz czas turystycznym łazęgowaniem, celem naszym było też wzniosłe wzgórze podobne do stożka wulkanu, górującego nad Wałbrzychem. Tramwajem można było dojechać do dzielnicy Wałbrzycha - Biały Kamień, a dalej pieszo drogą wiodącą na szczyt tego wzniesienia, które chyba ze względu na swój kształt nazywała się Chełm. Trasa na szczyt wiodła spiralnie w koło, coś na wzór kopca Kościuszki w Krakowie. Na szczyt jednak nie było nam wskazane wejść, gdyż znacznie poniżej dalszego dostępu bronił płot siatkowy z drutami kolczastymi i tabliczki z napisami "wstęp wzbroniony - terem wojskowy". Jak domyślaliśmy się znajdowały się tam zabudowania radiostacji i maszty anteny nadawczej stacji zagłuszającej Radio Wolnej Europa. Jak niepyszni wracaliśmy, ale aby całkiem nie być na straconej pozycji zatrzymaliśmy na miejscu wolnym od drzew, skąd mogliśmy podziwiać piękny, bardzo rozległy widok na stronę północą. Od czasu do czasu w dali widać było obłok pyłu, a chwile potem dochodził do nas odgłos wybuchu. Razem z nami oglądał tę panoramę jakiś przypadkowo spotkany starszy pan (może miał z 60 lat). Jak myślę był miejscowym i w języku niemieckim usiłował nam wytłumaczyć, że te wybuchy pochodzą z kamieniołomów. Ja rozumiałem wtedy jedynie słowo "stein". Karol, o którym wiedzieliśmy z lektoratu, że doskonale posługuje się tym językiem, jakoś dziwnie nie ujawnił tej znajomości i tylko przytakiwał kiwaniem głową. Zapamiętałem to wydarzenie, bo dla mnie było to jakieś dziwne zachowanie naszego kolegi. Nie mogłem wywnioskować, czy krępuje go (choć niby dlaczego) nasza obecność, czy obecność tego nieznajomego człowieka. Wtedy skojarzyłem tą scenę z rok wcześniej podobną sytuacją, kiedy razem z Karolem objeżdżaliśmy rowerem dookoła Polskę i na Mazurach w rejonie gdzie zaczyna się Kanał Ostródzki w miejscowości Miłomłyn, zanocowaliśmy w stodole. Rano, kiedy myłem się na podwórku przy studni, w pewnej odległości ode mnie, po niemiecku Karol, przekonany, że nie słyszę, rozmawiał z "naszą" gospodynią. Odczułem to szczególnie jako nieszczere wobec mnie zachowanie mojego najlepszego kolegi. W tych czasach moja świadomość na tematy poplątanych dziejów ludzi ze Śląska była równa prawie zeru, ale uważałem, że swoją postawą i moim zachowaniem nie zasługiwałem na takie traktowanie. Teraz bardzo mi żal, że w owych czasach nie reagowałem na to i nie wciągałem mojego kolegi w rozmowy o tym wszystkim, co można nazwać poczuciem narodowości i związanych z tym postaw ludzkich.

Czas naszej "praktyki" słodko mijał. Na kilkanaście dni przed końcem praktykowania, zgodnie stwierdziliśmy, że nasza "kasa", którą dysponowaliśmy na dalsze sprawy bytowe nie wytrzyma dotychczasowego sposobu życia. Zrobiliśmy obrachunek i okazało się, że aby dotrwać w Wałbrzychu jeszcze kilka dni, możemy jedynie "szaleć" jedząc raz dziennie w barze mlecznym pierogi z borówkami. Aby zapobiec traceniu energii na zbędny ruch, większość czasu spędzaliśmy w łóżku, tym bardziej, że sprzyjała temu fatalna pogoda, bo lało jak z przysłowiowego cebra. Z pokojowego kołchoźnika dowiadywaliśmy się co słychać w Polsce, jakie i gdzie są powodzie. Choć w geografii na ogół poruszałem się sprawnie i wiedziałem, że istnieje miasto Żywiec, to chyba po raz pierwszy świadomie zarejestrowałem tę nazwę, bo tam został zerwany most, przez wezbrane wody od długotrwałych deszczów, na rzece Sole. Wtedy nie miałem świadomości, że za kilka lat moje drogi się tak ułożą, że z tą miejscowością związane będą losy mojego całego dorosłego życia, a na Sołę będę mógł patrzeć w dowolnej chwili z okna mojej komputerowni. Ale to już zupełnie inna historia, bo z Żywca pochodzi szczęście mojego życia. Natomiast zniszczony most na Sole został odbudowany, co zostało upamiętnione stosowną tablicą, którą można zobaczyć do dziś obok mostu. Na szumną uroczystość otwarcia po odbudowie mostu do Żywca przyjechał jeden z ówczesnych właścicieli Polski Ludowej, we własnej osobie premier Józef Cyrankiewicz.
Na koniec naszego pobytu w Wałbrzychu pozostało jeszcze zdobycie od władz kopalni koniecznego do przedłożenia na Uczelni zaświadczenia o odbyciu 6cio tygodniowej praktyki. W jaki sposób uzyskaliśmy ten papierek tego niestety nie pamiętam, ale faktem jest, że w moim indeksie figuruje "jak byk" zaliczenie tego studenckiego obowiązku.


TR
Mała uwaga w tym miejscu: Zainteresowanych tą historyjką odsyłam do innego miejsca witryny, w którym są dwie wersje obok siebie: Wałbrzych widziany oczyma Tadzia i moimi.
KM

- Do góry -



ROWER i JA


Kończy się już 2007 rok. Szybkość mijającego czasu jest coraz większa, dość często myśli uciekają do przeszłych lat i wracają wspomnienia. A tymczasem obecnie bywa tak, że kilkakrotnie dziennie schodzę po coś do piwnicy naszego domu i wtedy natykam się na rogate, stojące pod ścianą, bez użytku, dwa rowery. Niewiadomo co teraz z nimi zrobić. Pewno postoją jeszcze trochę i nie będą się nadawały do jazdy, bo wszystko w nich się zestarzeje i choć nie są żywymi istotami, to jednak taki sam proces jak nas, dotyczy też ich. Nie wyobrażam sobie, aby przeszło pół wieku temu były takie opuszczone, kiedy każdy wolny czas spędzałem z rowerem. Jakoś nie utrwaliły mi się w pamięci pierwsze moje próby nauki jazdy. Musiało to jednak być jeszcze w okresie kiedy mój wzrost pozwalał tylko na wsparcie się jedną nogą na pedale i jazdę „w odpychanego”, a później już „pod ramę”, bo pamiętam trudności z myciem wewnętrznej strony łydki prawej nogi posmarowanej czarnym smarem od łańcucha. Zamiłowanie do roweru pewno przekazał mi Tato, bo chyba, jak każde dziecko w takim wieku, z wypiekami na twarzy i z otwartymi ustami musiałem słuchać Jego opowiadania o tym, jak na początku lat 30, jako młody żonkoś, razem z wujkiem Wiktorem, starszym bratem Mamy, z Rzeszowa pojechali do Zakopanego. W tamtych czasach musiał to być nie lada wyczyn, ale równocześnie komfort korzystania z dróg bez samochodów. Ponoć wiele razy w drodze naprawiali dętki przedziurawione gwoździami od kopyt końskich. We wczesnoszkolnych latach, razem z moim starszym bratem Józkiem, mieliśmy do dyspozycji kilka rowerów i każdy z nas zajmował się kompletowaniem i majsterkowaniem przy swoim pojeździe, które były eksploatowane w niemiłosierny sposób. Wszelkie, konieczne do naprawy elementy, choć z każdym rokiem dostępność ich była coraz gorsza, można było kupić u Kranca, chyba jedynym w tym czasie sklepie tej branży w Rzeszowie, położonym w południowo- wschodnim rogu rynku. Po wojnie nowych rowerów nie można było kupić. W powszechnym użyciu był sprzęt z przed wojny, a wiele rowerów miało obręcze, czyli rafki wykonane fabrycznie, np. wytwórni Kamińskiego, z drewna. Z drugiej ręki na tzw. giełdzie rower przeciętnie kosztował 10 000 jeszcze tzw. starych złotych, bo jesienią 1950 r wprowadzono nowego złotego, na czym nasi Rodzice i wiele ludzi bardzo dużo stracili. Kiedy chodziłem do szkoły powszechnej, kilka razy w tym okresie w Rzeszowie objazdowo przebywał motocyklowy akrobata, który popisywał się na tzw. ścianie śmierci jazdą po ścianach bardzo dużej drewnianej beczki. Podobne wyczyny, choć na znacznie mniejszą skalę, uprawialiśmy razem z kolegami. Niezbyt daleko od naszego domu był wał strzelnicy i z tego wzniesienia zjeżdżaliśmy do leja po bombie, w którym wpierw zrobiliśmy prawie pionowe ściany, udając jazdę w beczce wykopanej w ziemi. Zwyciężał ten, który objechał najdalej. Takie i inne zawody np. jazda na tylnym kole, czy bez trzymania kierownicy, stawanie na siodełku, naśladowanie żużlowców i wykonywanie wiraży z wysuniętą nogą trwały bez końca i dlatego rowery nasze bardzo cierpiały. Słyszeliśmy o wyczynie, który robił na nas bardzo duże wrażenie, że pewien chłopak w czasie jazdy grał na skrzypcach. Ja się nie brałem za naśladowanie tego skrzypka, nie dlatego, żebym może nie potrafił, ale dlatego, że nie miałem skrzypiec tylko akordeon, na którym z Józkiem usiłowaliśmy „grać”. A gdy podrosłem, ambicją moją było objeżdżać okolice Rzeszowa i poznawać drogi w taki sposób, aby w moich wycieczkach się nie powtarzały. Czas uciekał, lat przybywało, a rower wciąż był środkiem do zabawy, pomimo tego, że Tato i już Józek, który miał już prawo jazdy korzystali z motocykli, wpierw Zündappa, a potem Royala i BMW. Po śmierci Taty w 1952 roku i wyjeździe Józka na studia do Gliwic, nastał czas smutku i przygnębienia. Pamięć nic teraz nie podpowiada, aby w tym okresie coś godnego wspomnień działo się w kwestii rowerowej, chyba, że śmierć wiosną 1953 r., patrona tych pod których adresem po wojnie kierowany był wierszyk „majesz czasy i rowery – ujeżdżaj do cholery” . W 1955, w roku mojej matury, razem z bratem na rowerach wybraliśmy się wakacyjnie do Limanowej, miasteczka odległego od Rzeszowa o jakieś 180 km. Taką odległość pokonywaliśmy przez 2 dni i była to, do tego czasu, moja najdłuższa trasa jaką przejechałem rowerem. Zamieszkaliśmy u Staszka, kolegi brata ze studiów, a potem razem z nim zwiedziliśmy Gorce i Pieniny, łażąc po górach przez naście dni z plecakami, ówczesną naszą dumą. Bowiem turystycznym „szpanem” tamtych czasów, było posiadanie wojskowych poniemieckich, wojennych tzw. „cieliczek”. Nazwa pochodziła od skóry z włosiem użytej do wykonania plecakowej klapy.
Tutaj kilka pamiątkowych zdjęć z tego okresu:
- Z Józkiem na szczycie
- Jeszcze raz z Józkiem
- Odpoczynek

Kiedy, w ślad za Józkiem, wyjechałem na Politechnikę do Gliwic, wszystko co związane było z rowerem pozostało w domu. Zmieniło się życie i otoczenie. Przez dość długi czas przystosowywałem się do nowych studenckich warunków, ale szybko powstawały grupki o podobnych zainteresowaniach. W naszym kręgu bardzo często przebywał Karol, miejscowy Gliwiczanin, którego poznałem już w lipcu 1955 r przy tablicy z wynikami egzaminów wstępnych. W kilku kolegów tworzyliśmy paczkę i do zbytków i do nauki. Kiedy po drugim roku studiów zbliżały się wakacje, Karol zaproponował, czy nie wybralibyśmy się wspólnie na rowerach dookoła Polski. Zamierzał też jechać z nami Mały Kaziu, ale potem zrezygnował, bo nad przygody i przyjemności stawiał wyżej pomoc w gospodarstwie Taty. Omawialiśmy z Karolem przygotowania do wyprawy i naszym marzeniem było posiadanie w drodze przenośnego radioodbiornika. W przed studyjnym okresie uprawiałem radioamatorstwo i zamierzałem zbudować takie cudo, jednak trudności z uzyskaniem podzespołów uniemożliwiły realizację. Miałem zamiar wykorzystać lampy z poniemieckich wojskowych aparatów radiowych, ale nie mogłem ich zdobyć. W ramach przygotowań moim zmartwieniem był rower, podstawowe przecież wyposażenie konieczne do tej wycieczki. Choć w domu zostało ich kilka, to nie wiedziałem, czy z nich potrafię złożyć jeden taki, który wytrzyma, wg naszych planów, długą trasą. Przed wyruszeniem w drogę udało mi się jakoś skompletować całość na bazie, pochodzącej z roweru Józka, czeskiej ramy Eska-Sport, jedynego naszego nowego, kupionego parę lat wcześniej, ale niestety już dość mocno przez nas zdewastowanego.

Karol przyjechał pociągiem do mnie, do Rzeszowa w połowie lipca 1957 roku. Jego nowy rower to było osiągniecie ówczesnej techniki NRD-owskiej - chyba marki - SUHL. Takie rowery były marzeniem wszystkich amatorów, ale bardzo trudno osiągalne. Mój „składak” przy pojeździe Karola wyglądał bardzo żałośnie i ubogo, prawie tak jak Syrenka przy Mercedesie. W Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym załatwiliśmy sobie książeczki, w których uzyskiwaliśmy potwierdzenie przejazdu przez dane miejscowości.

Z początku, zanim rubryki nie zapełniły się różnymi pieczątkami, bardzo nieufnie nas traktowano i niechętnie stawiano stempel, ale po jakimś czasie z uznaniem spoglądano na nasze kolarskie osiągnięcia. Wyposażenie nasze było bardzo skromne i siermiężne. Jakiś przypadkowy skafander, krótkie spodenki i na nogach szmaciano-gumowe obuwie, zwane trampkami – socjalistyczny, popularny pierwowzór obecnie znanych adidasów. Na ramie mieliśmy koce zabezpieczone przed deszczem ceratą, a na bagażniku plecak, w którym znalazła się reszta naszego ruchomego dobytku. Najważniejszym i raczej podstawowym sprzętem, był spirytusowy kocher, na którym przygotowywaliśmy sobie jakieś posiłki, gdyż nasze zasoby finansowe nie pozwalały na korzystanie z innej formy żywienia.

Moja Mamusia martwiła się, że ruszamy na taką poniewierkę, ale co mogła to nam na drogę włożyła do plecaka. Do dziś pozostał mi w pamięci kawał wędzonej słoniny, którą posilaliśmy się i traktowaliśmy ją jako duży rarytas. Niestety, przy naszych apetytach, nie na długo jej wystarczyło. Teraz chyba nie stanowiłaby dla mnie takiej atrakcji, jaką była wtedy. Staraliśmy się mieć zawsze ze sobą jakiś mały zapasik zupy w proszku, co w owych czasach wcale nie tak prosto można było kupić. Dość łatwo osiągalna była jedynie zupa grochowa w prasowanych kostkach i ona najczęściej była podstawą naszego podróżnego żywienia. Jeśli ranną lub obiadową porą przejeżdżaliśmy przez miasto, w którym był bar mleczny, chętnie z niego korzystaliśmy. Bary mleczne, które teraz zupełnie znikły, wówczas były bardzo dobrą formą taniego, szybkiego i smacznego posilania się. Nad trasą przejazdu nie zastanawialiśmy się specjalnie, mieliśmy wytyczone tylko z grubsza główniejsze miasta, do których zamierzaliśmy dotrzeć. Wyruszyliśmy 13 lipca 1957 roku z Rzeszowa na północ i przez Kolbuszową, Tarnobrzeg, Sandomierz w tym pierwszym dniu dotarliśmy gdzieś w okolice Ostrowca Świętokrzyskiego.

Ten etap i jeszcze kilka następnych, dość dobrze pamiętam, ale już następne się pozacierały. Pod wieczór, kiedy zbliżała się pora postoju, rozglądaliśmy się po okolicznych gospodarstwach, aby pozwolono nam skorzystać ze stodoły na nocleg. W tej całej naszej podróży znamienne było, że im zagroda biedniejsza, to tym chętniej nas przyjmowano. A można w przybliżeniu powiedzieć, że podział życzliwych nam gospodarzy przechodził z północy na południe wzdłuż Wisły i wschodnia strona była nam bardziej przychylna. W drugim dniu, po najdłuższym etapie w tej całej wyprawie, bo przejechaliśmy ok. 200 km przez Iłżę, Radom, Grójec - dotarliśmy do Warszawy.

Naszą bazą noclegową, w tym dniu, był Dom Wycieczkowy, bo nigdzie nie wypatrzyliśmy stodoły z sianem, było natomiast jeszcze bardzo dużo widocznych ruin po wojennych zniszczeniach i wiele tablic upamiętniających miejsca rozstrzeliwań Polaków w czasie okupacji. Zobaczyłem pierwszy raz w życiu Pałac Kultury, najwyższą w Polsce, budowlaną atrakcję oddaną do użytku przed dwoma latami w czasie Światowego Festiwalu Młodzieży. Był to mój pierwszy pobyt w Warszawie. Jeżdżąc rowerem - zwiedzaliśmy stolice i dopiero po południu udaliśmy się w dalszą drogę na wchód Polski. Jazda z poprzedniego dnia bardzo długiego etapu, dała nam mocno w kość i tego dnia, pokonując zaledwie ok. 40 km, dojechaliśmy tylko gdzieś pod Wyszków. Mnie w tym dniu największą trudność sprawiało siedzenie na siodełku. Karol w Gliwicach, od czasu do czasu, miał szansę korzystać z roweru i mając taki trening chyba nie odczuwał takich dokuczliwości, bo był już lepiej wprawiony.

Do tej pory sprzyjała nam pogoda, ale tego dnia się zmieniła i gdzieś przed Zabłudowem w szczerym polu złapała nas duża burza. Początkowo usiłowaliśmy się schronić pod przydrożnymi drzewami, ale przy takiej ulewie niewiele to pomagało. Dodatkowo uświadomiliśmy sobie, że pioruny „lubią” szukać wysokich drzew, a ponieważ byliśmy już dostatecznie przemoczeni, pomimo deszczu udaliśmy się w dalszą drogę. Niedługo potem niedaleko naszej trasy, widzieliśmy dogasający już pożar jakiegoś gospodarstwa wiejskiego, najprawdopodobniej skutek uderzenia pioruna. Z Zabłudowa pojechaliśmy na Wysokie Mazowieckie i w Szepietowie znaleźliśmy jakieś przychylne nam przytulisko na nocleg. W gospodarstwie tym przebywał jakiś starszy od nas, ale jeszcze młody człowiek, który bardzo zainteresował się naszym nietypowym kolarskim wyczynem, i bardzo długo z nami rozmawiał. Po bliższym zapoznaniu okazało się, był pracownikiem jakiejś poznańskiej uczelni. Zainteresował się nawet używanym przez nas, wg receptury Karola, „duchem smaku” – glutamianem sodu dodatkiem do pitraszonej wówczas na tym postoju strawy. Karol, ten preparat (biały proszek) zabrał w drogę, gdyż przeczytał o nim, że mała szczypta dodana do posiłku znacząco wpływa na poprawienie walorów samkowo-odżywczych. Sądzę, że w tej wycieczce po, jakby nie było, znaczącym całodziennym wysiłku, każda strawa, nawet bez tego smakowałaby nam dostatecznie dobrze.

Wybrana przez nas dalsza droga prowadziła przez Brańsk, Bielsk Podlaski, Hajnówkę i dalej do serca Puszczy Białowieskiej w Białowieży. Skorzystaliśmy z noclegu w miejscowym schronisku turystycznym i przy okazji zwiedziliśmy tamtejsze bogate w okazy muzeum flory i fauny. Bardzo poznawcza była taka lekcja, gdyż wiele można było się dowiedzieć nie tylko o Puszczy Białowieskiej, ale ogólnie o przyrodzie. Naszą chęcią było przejechanie przez kompleks Parku Narodowego i wybraliśmy się boczną dróżką na północ w kierunku Białegostoku. Ten teren Polski należał i chyba nadal należy do obszarów zupełnie zapomnianych przez wszystkich, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze. Leśna droga, po kilkunastu kilometrach, zamieniła się w piaszczysty trakt i dalsza jazda naszymi rowerami była niemożliwa. Dalej musieliśmy dużymi odcinkami rowery prowadzić, ale i to nie było proste, bo należało w piachu czasami unosić przednie koło. Mijaliśmy zapuszczone osady i stanowiliśmy dla miejscowych dzieci dużą atrakcję, bo grupką asystowali nam i z dala wołali „kolarze, kolarze”. Przez Narewkę dojechaliśmy do Zabłudowa, w którym widzieliśmy ładną kolorową cerkiewkę i dalej do Białegostoku. Stamtąd pamiętam widoczną z dużej odległości, na wprost drogi na małym wzniesieniu, białą bryłę kościoła św.Rocha i bramę wjazdową do parku okalającego pałac Branickich, obecnie siedzibę Akademii Medycznej. Przez Knyszyn, Grajewo skierowaliśmy się na Mazury i przez Ełk, Orzysz do serca Krainy Jezior – Mikołajek. Na moście pod nami, ze złożonymi masztami, przepływały jachty i dla nas to był dość ciekawy widok. Zatrzymaliśmy się i odpoczywaliśmy po trudach jazdy. Oparliśmy rowery o barierkę mostu i przyglądaliśmy się tym atrakcjom. Nagły poryw wiatru przewrócił rower mojego towarzysza, co spowodowało, że bakelitowy uchwyt na kierownicy, ku rozpaczy Karola, został rozbity. Tak mocno przeżywał tę stratę, że się obraził na „cały świat i okolicę” i dla niego stałem się na jakiś czas powietrzem. Po drodze rozeszła się gęsta atmosfera i jakoś wszystko dobrze się dalej układało. Dopiero znacznie później zrozumiałem jego tak niespodziewaną dla mnie reakcję na to wydarzenie, kiedy usłyszałem o wynikających problemach między ludźmi skazanymi tylko na swoją długą wzajemną obecność – małe głupstwo wywoływać może awanturę.

To jednak nie szkodziło, że wspólnie dalej jechaliśmy i przez Mrągowo, Olsztyn, Ostródę kierowaliśmy się nad Morze Bałtyckie. Gdzieś za Ostródą, chyba koło Miłomłyna, droga wiodła pomiędzy dwoma jeziorami. Pod koniec dnia widok, jak zresztą na całych Mazurach, sielankowy. Skorzystaliśmy z okazji, zrobiliśmy przerwę w podróży i wykąpaliśmy się. Nieopodal było dość zaniedbane gospodarstwo, gdzie chętnie nas przyjęto na nocleg w zabudowaniach gospodarczych. Rano do umycia się skorzystaliśmy z podwórkowej studni, a potem robiliśmy sobie śniadanie. Gospodyni była bardzo zainteresowana naszym kucharzeniem i z ciekawością nam się przyglądała. Potem jakoś zostałem sam, bo mój kolega poszedł z gosposią chyba po mleko dla nas. W drodze do domu rozmawiali w języku niemieckim i kiedy Karol wrócił wspomniał mi, że ta kobieta mieszka tu od czasów niemieckich i że ciężko była doświadczona nową rzeczywistością, kiedy nastała Polska Ludowa. Przeciętnie dziennie pokonywaliśmy dystans 150 – 170 km, przy niezbyt zawrotnym tempie pokonując w 3 godz. ok. 50 km - cały dzień spędzaliśmy na siodełku. Nasza trasa wiodła wzdłuż kanału Ostródzko-Elbląskiego, który przebiega przez wiele jezior i jest dużą turystyczną atrakcją. W czasie kiedy myśmy tamtędy przejeżdżali w 1957 roku nie był czynny, bo był zapuszczony i zaniedbany po wojennych zniszczeniach i powojennych dewastacjach. Obecnie już służy turystycznym przejazdom i trasę o długości ok. 120 km przepływa się barką, która częściowo porusza się też po lądzie. Podobno na świecie są tylko dwie tego typu drogi wodne.
Warto może zajrzeć do opisu historii kanału (ze zdjęciami) zamieszczonego na stronie http://www.emazury.com/, lub bardziej konkretnie pod:   http://www.emazury.com/index.php?JEZ=pl&LIS=miasta&MENU=elblag&GL=fotogaleria_katy1

Najbliższym naszym celem był Elbląg, bo tam, dorabiając do studenckiej kieszeni w czasie wakacji, wychowawcą na koloni z młodzieżą ze Śląska, był nasz kolega z roku - zabrzański Andrzej, którego zamierzaliśmy odwiedzić.
Nam takie odwiedziny wyszły na zdrowie, bo w internacie, gdzie była kolonia, Andrzej umożliwił nam zakwaterowanie, porządne umycie się (choć w drodze kąpaliśmy się w jeziorach) i spanie chyba przez dwie, a może trzy noce w normalnym łóżku, co przyjęliśmy z radością. Z Elbląga, bez rowerów, bo zostały u Andrzeja, statkiem żeglugi turystycznej, przez Zalew Wiślany, popłynęliśmy do Krynicy Morskiej. Tam pierwszy raz w życiu zobaczyłem prawdziwe morze i z radością wspominam przekonanie się, że woda w nim jest słona. Nie przypuszczałem wtedy, że w życiu tak mi się ładnie ułoży, że będę miał sposobność skosztować wody jeszcze w kilku innych np. Adriatyku, Morzu Czarnym, Tyreńskim, Jońskim, Marmara, Egejskim, Śródziemnomorskim, a wspomnę też o Kaspijskim i Zatoce Perskiej. Krynica Morska położona na Mierzei Wiślanej, w tym czasie nie była zbyt atrakcyjnym kurortem na miarę Międzyzdrojów, czy innych znanych nadmorskich kąpielisk. W sosnowym lesie były niepokaźne, z reguły przedwojenne nie ciekawe zabudowania, nie było mola, czy też deptaka charakterystycznego dla wszelkich kurortów. Pomimo tego tłok wczasowiczów był duży, co świadczyło o popularności miejsca, względnie o dużych socjalnych zdobyczach klasy pracującej – ówczesnych „właścicielach” Polski Ludowej.

Po całodziennym pobycie w Krynicy, powróciliśmy znów na naszą chwilową bazę u Andrzeja, aby ze zregenerowanymi siłami wybrać się w dalszą naszą rowerową podróż. Byliśmy bardzo wdzięczni naszemu koledze za to chwilowe „przytulisko”. Z ciekawości pojechaliśmy parędziesiąt kilometrów w przeciwną stronę naszego planu, od Elbląga w stronę wschodnią w kierunku Braniewa, aby sprawdzić jak daleko da się jechać autostradą, którą w tym terenie przed wojną budowali Niemcy do Królewca. Wg historycznych danych, nie zgodzenie się na eksterytorialność autostradowego tzw. „korytarza” na terytorium Polski, było jedną z przyczyn napaści III Rzeszy na Polskę, co rozpoczęło II wojnę światową. Ten istniejący kawałek autostrady dość szybko się dla nas zakończył, bo nie było mostu, a za rzeką było widać dalej tylko już wyrównany teren pod dalszą budowę w kierunku Królewca. Oceniliśmy wspólnie, że ta droga podobna jest do tej znanej nam pod Gliwicami i nawróciliśmy, aby kontynuować objazd Polski. Na wybranej przez nas trasie następnym miastem był Malbork, gdzieśmy zwiedzili średniowieczny, słynny zamek krzyżacki. Chodząc po salach i basztach, oglądając systemy ogrzewania, w pamięci odtwarzałem sceny opisywane przez Sienkiewicza w „Krzyżakach”. Starałem się, co mi wyobraźnia podpowiadała, umieścić w rzeczywistości różne zapamiętane fragmenty z tej powieści. Porównywałem z powieściowym zamkiem w Szczytnie, dokąd przybył zwabiony podstępnie Jurand ze Spychowa po córkę Danusię i gdzie został straszliwie okaleczony. Faktem jest, że budowla jest imponująca i aż dziw bierze, że w tamtych dawnych czasach potrafiono tworzyć dzieła, które w dobrym stanie dotrwały do naszego wieku, pomimo ostatniej zawieruchy wojennej, która zupełnie nie zważała na historię. Z Malborka przez Sztum, Kwidzyń, Grudziądz, gdzie przekroczyliśmy Wisłę, dalej przez Świecie kierowaliśmy się na Bydgoszcz. Gdzieś przed Grudziądzem mieliśmy przygodę, która ze względu na swoją osobliwość utkwiła mi w pamięci. Na bezpiecznym odcinku szosy dopędziła nas kolumna wojskowych samochodów ciągnących działa. Przy sprzyjających warunkach i dopingujących nas nawoływaniach siedzących na pakach samochodów wojaków, złapaliśmy się któregoś działa i holowani przez samochód jechaliśmy zadowoleni „za darmo”, szybko pokonując dystans. Pogoda w tym dniu była mokra i skutkiem tego szosa też. W tych czasach nawet główne szosy dość często były używane przez konne zaprzęgi, a konie wiadomo, czasem też mają potrzeby naturalne i ozdabiają drogę. Spokojnie holowani jechaliśmy dość długo, do czasu, aż żołnierze zaczęli się śmiać i coś nam pokazywać. Spojrzeliśmy z Karolem na siebie i zrozumieliśmy przyczynę wesołości życzliwych nam ludzi w mundurach – byliśmy obryzgani od kół odchodami końskimi. Szkoda było zrezygnować z dalszej wygodnej jazdy, a jednak przeszliśmy na własny napęd, aby doprowadzić się do przyzwoitego wyglądu przy jakiejś studni. Przed Bydgoszczą zapamiętałem drogowskaz do miejscowości Fordon. Nazwę tego miasteczka znałem z chłopięcych lat ze „Skrzydlatej Polski”, czasopisma dla miłośników lotnictwa, był tam bowiem zlokalizowany szkoleniowy ośrodek szybowcowy. Dodatkowo też jeszcze długo po wojnie, budziła strach i grozę, ze względu na znajdujące się tam ciężkie więzienie dla kobiet, jak wówczas określano „niebezpiecznych dla ustroju – wrogów Polski Ludowej”. Szalejący aparat bezpieczeństwa, czyli policja polityczna pod byle jakim pozorem pozbawiała wolności kobiety, szczególnie z ruchu oporu, które w tym więzieniu poddawane były represjom i udręce. Ale to temat na inną sytuację i ja jedynie o tym wspominam dlatego, że nosiłem w głowie tę nazwę, a przy okazji naszej wędrówki dowiedziałem się, gdzie leży ta miejscowość. Z Bydgoszczy wywiozłem obraz wielu domów z tzw. murem pruskim. Potem jechaliśmy na zachód wzdłuż Kanału Bydgoskiego – łączącego Wisłę z Notecią. Po szkolnych lekcjach geografii wyniosłem wyobrażenie, że ten kanał to coś bardzo ważnego oraz dużego i przeżyłem, podobnie jak znacznie później widok kanału Korynckiego, rozczarowanie jego rzeczywistym obrazem – wąski i mały, na którym jednak pływały barki załadowane towarami. Dalej nasza droga prowadziła przez Szubin, Żnin do Gniezna. Tamtejszy krajobraz był monotonny i nie specjalnie ciekawy, a z tego etapu zostały mi jedynie w głowie mijane drogowskazy do miejscowości Wenecja i nieco dalej do Biskupina, pradawnej zrekonstruowanej drewnianej osady słowiańskiej, ale tam nie skręciliśmy, a szkoda, bo do tej pory jeszcze tam nie dotarłem. W Gnieźnie zwiedziliśmy słynną starą katedrę z niemniej słynnymi, odlanymi z brązu, drzwiami ze scenami męczeńskiej śmierci św. Wojciecha oraz ze srebrnym relikwiarzem tego biskupa, w kształcie trumienki. W naszej włóczędze odwiedzaliśmy wiele różnych zabytków sakralnych, jak również w niedzielę braliśmy udział we Mszach św. W czasie studiów mieszkałem w akademiku i mniej więcej byłem zorientowany kto z mojego otoczenia chodził do kościoła. Natomiast o Karolu nic na ten temat nie mogłem powiedzieć, bośmy jakoś o sprawach religijnych nie rozmawiali, mieszkał na drugim końcu Gliwic, więc żeśmy się nie spotykali na nabożeństwach, a z ogólnego wrażenia i obserwacji wydawało mi się, być może niesłusznie, że był religijnie obojętny i jak się to określa - niepraktykujący. W naszej wyprawie zaś, zawsze chętnie i z szacunkiem mi towarzyszył w zaglądaniu do kościołów. Z Gniezna przez Poznań, gdzieśmy w Domu Turystycznym PTTK nocowali, dalej przez Kościan, Leszno, Rawicz, Żmigród, Trzebnicę dotarliśmy do Wrocławia. Widocznie jazda była już na tyle rutynowo-monotonna, że nic mi nie zostało w pamięci z tego odcinka. Chyba, że wspomnę o przygodzie z konserwą rybną, którą gdzieś po drodze kupiliśmy i chcieliśmy się nią pożywić. W czasie otwierania, po zrobieniu otworu w blasze wytrysnął strumień oleju, a puszka wyraźnie straciła tzw. bombaż, czyli rozdęcie. Zawartość puszki nie nadawała się do jedzenia i obeszliśmy się smakiem. Karol skrupulatnie zdjął banderolę i schował. Kiedy po wakacjach spotkaliśmy się w Gliwicach, opowiedział mi, że po powrocie do domu wysłał do producenta tę papierową opaskę z opisem sytuacji i że Zakłady Rybne w Szczecinie okazały się wspaniałomyślne, uznały bowiem reklamację i przysłały dobrą puszkę. Dodał też, że niestety nie zachował dla mnie należącej mi się połowy, tylko całość zjadł sam, a może podzielił się z żoną . Mnie pokazał jedynie przepraszające nas pismo ze Szczecina, które mi zostało i długo było w moich szpargałach, ale już gdzieś się zawieruszyło, bo go nie znalazłem, a chciałem je załączyć do wspomnień, na dowód, że prawdą jest to co piszę.

We Wrocławiu musieliśmy już być bardzo znużeni całodziennym kręceniem pedałami i siedzeniem na siodełkach, dlatego skorygowaliśmy plany dalszej jazdy i postanowiliśmy przenieść się do wagonu PKP jako pasażerowie. Karol wysiadł w Gliwicach i nie wiem, czy miał chwilowo już dość roweru i czy do domu z dworca pojechał rowerem, czy poszedł na piechotę. Ja pociągiem pojechałem do domu w Rzeszowie i miałem o czym opowiadać i po czym odpoczywać.

Nasza wyprawa trwała około dwóch tygodni i w tym czasie przejechaliśmy około 1700 km. Poważnych awarii naszych pojazdów nie pamiętam. A teraz, kiedy po 50 latach na skutek zwrócenia się z propozycją do mnie Karola, czy potrafiłbym coś napisać na temat naszej wspólnej wycieczki, jestem pełen podziwu dla fenomenu ludzkich szarych komórek. Przez tak odległy czas, jakoś do tej pory, nie wspominałem tej wspólnie przeżytej przygody w takich szczegółach. Dopiero apel mojego kolegi spowodował, że zajmując się domowymi sprawami, chodziłem z tym zadaniem i starałem się wycisnąć coś z głowy. Aż się sam dziwię temu, że z zaniedbanych, głębokich zakamarków głowy, tyle potrafiłem teraz wygrzebać. Nie wiem, czy to kogoś zainteresuje, może kiedyś przeczyta to któryś wnuk i dziwił się będzie, że zamiast wygodnie jechać np. autem, dziadek - jako student, szukał takich dziwnych i męczących atrakcji rowerowych. I teraz choć się czuję jak stara rowerowa dętka, która niby jest dobra, ale z której powoli wychodzi powietrze, to jednak dobrze jest coś powspominać i ponownie przeżyć naszą wakacyjną przygodę z 1957 roku.
Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć z tamtego okresu:
- Eska-Sport, moja kobyła
- Przekroczenie Pilicy
- Pewne dowody naszej bytności
- Nad kanałem w Mikołajkach
- Pamiątka nieżytu żołądkowego
- Pora obiadowa
- Sandomierz
TR
Spisane w październiku 2007 roku w Żywcu

- Do góry -



Wyprawa w Bieszczady w 1958 roku



    Za przyczyną Karola – mojego studenckiego druha, stoję po raz kolejny przed trudnym zadaniem. Otóż popadł on w latach swojej stabilnej dojrzałości w namiętność uprawiania pamiętnikarstwa. A ponieważ tak się składało, że razem przeżywaliśmy wiele przygód, dlatego wciąga również mnie w przelanie na papier moich wspomnień z tamtych lat. Jestem jednak w takim pamięciowym położeniu, że nawet gdybym był łamany kołem, to takie tortury nie wiele wpłynęłyby na odtworzenie faktów z przeszłości. Ale nie mam innego wyjścia jak tylko spróbować spisywać, to co wspólnie, jako młodzi chłopcy, przeżywaliśmy dawniej.

    W czerwcu 1958 roku kończyliśmy szósty semestr naszej politechnicznej edukacji. W czasie wakacji mieliśmy odbyć praktykę studencką, na którą wybieraliśmy się w bardzo atrakcyjne turystycznie tereny, bo do Wałbrzycha. Wspomnienia z niej spisane znacznie wcześniej, znajduję się w innym miejscu. Widocznie byliśmy zachłanni na poznawanie Polski, gdyż chcieliśmy jeszcze przed wyjazdem w kierunku Sudetów, zobaczyć przeciwległe strony Polski - Bieszczady. Ten, wówczas zupełnie nie zamieszkały, prawie dziki obszar górski, nęcił naszą wyobraźnię i podniecał z powodu ewentualnych czekających nas traperskich przygód. W poprzednim roku z Karolem objechaliśmy na rowerze dookoła Polskę. Byliśmy już zgrani i doświadczeni w takiego typu włóczędze. Teraz wybieraliśmy się w trójkę, bo zdecydował się dołączyć do nas Kaziu Mniejszy. Organizacyjnie zaczęliśmy się przygotowywać dość wcześnie, bo musieliśmy wygospodarować wolny czas i dlatego zdaliśmy egzaminy przypadające na letnią sesję jeszcze przed wyznaczonymi terminami.
   Również byliśmy na tyle przezorni, że udając się w zupełnie niecywilizowane obszary, gdzie nie mogliśmy liczyć na szybką pomoc medyczną w przypadku ukąszenia któregoś z nas przez żmiję, a słyszeliśmy o takich przypadkach, poszliśmy do Studenckiej Przychodni po wskazówki. Przyjęto nas bardzo życzliwie, udzielono instruktażu i wyposażono w strzykawkę, a surowicę kupiliśmy w aptece. Kierownikiem Przychodni był bardzo popularny wśród studentów dr Wyspiański i może dlatego warto w tym miejscu wspomnieć pewną anegdotkę z nim związaną.

    Otóż w czasie studiów wiele czasu spędzałem w środowisku, które tworzyło zespół radiowęzła Domów Studenckich na Łużyckiej. Byliśmy bardzo wesołą zgraną paczką i z tej naszej grupy później wyszło nawet kilka osób, które już zawodowo pracowały w radiu, czy w TV. Natomiast przy tworzeniu audycji na potrzeby naszych akademików wymyślano różne dziwne rzeczy. Wśród takich pomysłów były wywiady z popularnymi profesorami, czy pracownikami politechnicznej administracji. Przed wywiadem z kierownikiem Przychodni studenci składali wpierw do Radiowęzła pytania, na które oczekiwali odpowiedzi. W czasie rozmowy przed mikrofonem transmitowanej na żywo na trzy domy studenckie, prowadzący wywiad z dr Wyspiańskim przeczytał jedno z pytań – „czy bezpłodność jest dziedziczna?” Doktor, zanim zorientował się w postawionej w pytaniu pułapce, długo kluczył, wygłaszał różne teorie i błądził w temacie, tłumacząc jak na wykładzie, brnął w ślepy zaułek. Oczywiście, aby pomóc wyjść z kłopotliwej sytuacji w końcu został naprowadzony na właściwą ścieżkę. Ale zanim się to stało całe akademiki huczały ze śmiechu, zaś my za szybą amplifikatorni musieliśmy pokazywać poważne twarze doktorowi. Takie kawały trzymały się wówczas naszych głów.

    Zanim wybraliśmy się na planowaną bieszczadzką wycieczkę osobny kłopot stanowiło zdobycie mapy tamtych terenów, co wcale nie było łatwe i długo odwiedzaliśmy różne księgarnie, zanim udało się nam ją kupić. Do kompletu w nawigacji mieliśmy ze sobą oczywiście kompas. Trzeba bowiem przypomnieć, że wybieraliśmy się w obszary, gdzie wtedy można było liczyć wyłącznie na siebie i swój turystyczny nos.

    Gdzieś w połowie czerwca 1958 Karol przyjechał z Gliwic z całym swoim bagażem, podobnie jak w ubiegłym roku, pociągiem do mojego domu w Rzeszowie. W ramach zdobywania rowerowej kondycji i sprawdzenia sprawności sprzętu, odwiedziliśmy Kazia w Dąbrowej, bo Karol tam jeszcze nie był, a 17 czerwca z Rzeszowa wyjechaliśmy we trójkę w kierunku południowym na naszą wyprawę. W porównaniu do przebytej w ubiegłym roku trasy z Karolem, teraz była ona znacznie krótsza, ale ze względu na terenową specyfikę - trudniejsza. Przejechaliśmy przez Niebylec, Domaradz, następnie tuż przed Brzozowem przez Starą Wieś z historyczną bazyliką, Sanok i gdzieś przed Leskiem wybraliśmy ustronne miejsce na nocleg. Tym razem mieliśmy na wyposażeniu namiot mojego brata Józka, bo w tych terenach, które tym razem wybraliśmy za cel naszej przygody, nie mogliśmy przecież liczyć na chłopskie stodoły, bo ich nie było.
    Oczywiście na sprawy aprowizacyjno-bytowe byliśmy przygotowani i załatwialiśmy je we własnym zakresie, bo zabraliśmy kocher spirytusowy, a całość koniecznego wiktu nosiliśmy w plecakach. Nie pamiętam który z nas pełnił odpowiedzialną funkcję kucharza, ani jak Karolowi wówczas smakowały przyrządzane posiłki, czy pił herbatę przygotowaną w niedomytym po grochówce garnku, jak często i czy w trasie miał czym myć ręce? A zastanawiam się nad tym dlatego, gdyż w późniejszych latach cechowało go uczulenie na higienę i bardzo wybiórcze menu. Faktem jest, że wszyscy przeżyliśmy tamten traperski sposób odżywiania się. Jakoś nie spieszyliśmy się w nakręcaniu kilometrów, bo zachowane zdjęcia obrazują nasze brodzenie po płyciznach Sanu pod mostem koło Leska, u stóp zamku Kmitów, gdzie Karol, ponoć biegły w łowieniu pstrągów pod kamieniami, „uczył” nas jak kłusować, aby w ten sposób poszerzyć i urozmaicić nasze skromne możliwości żywieniowe.
    Sam nie wiem dlaczego nasz kolega stał się instruktorem, bo chyba wcześniej nie miał okazji trenować tego zajęcia w gliwickiej Kłodnicy? Oczywiście pomimo naszego starania się, żaden z nas nic nie złowił. Przez długi czas zaciskając dłonie pod głazem od strony spływu wody przyzwyczaiłem się, że nic tam nie będzie. A kiedy faktycznie raz jeden jedyny była chyba ryba, tak się tego przestraszyłem, że wpadłem w popłoch i czym prędzej uwolniłem ją. Na nic zdały się nasze dalsze łowy, żaden z nas nic nie złapał.

    Po takim relaksie pojechaliśmy dalej doliną rzeki Hoczewki przez Baligród w kierunku Cisnej. Niewiele kilometrów za Baligrodem, we wsi Jabłonka, po lewej stronie traktu stał obelisk, gdzie zginął komunistyczny działacz, generał sowiecki i ludowo-polski Walter, Karol Świerczewski – wiceminister obrony narodowej.
    11 lat wcześniej w tych terenach działała część Ukraińskiej Armii Powstańczej, której celem było doprowadzenie do wolnej Ukrainy obiecanej przez Hitlera. Chciał on w ten sposób zjednać sobie naród ukraiński od dawna marzący o własnym państwie i wykorzystać ich po swojej stronie w prowadzonej II wojnie światowej. Całe pogranicze południowo-wschodniej Polski, pomimo kilku lat od zakończenia wojny, było jeszcze ogarnięte działaniami zbrojnymi. Efektem tych walk była zarządzona przez ówczesną ludową władzę tzw. „Akcja Wisła”, polegająca na niespodziewanym, przymusowym wysiedleniu ok. 150 tyś. ludności autochtonicznej, za ponoć sprzyjanie i wspieranie UPA. Skutki tej akcji długo jeszcze odbijały się władzy czkawką i rzutują też obecnie na sąsiedzkie stosunki z Ukrainą. Natomiast po „ Akcji Wisła” opuszczone domostwa, jeśli nie zostały wcześniej spalone, niszczały i cały ten rozległy obszar stał się w ten sposób zapuszczonym na wiele lat bezludziem. Na kanwie tych tragicznych wydarzeń oparta jest fabuła filmu „Ogniomistrz Kaleń”, który powstał pod koniec lat pięćdziesiątych. Świerczewski przeprowadzał inspekcję jednostek wojskowych i zakończył tutaj, na przekór propagandowym hasłom, że był „człowiekiem, który się kulom nie kłaniał”, swój żywot komunisty. Pamiętam ceremonie, jakie wiosną 1947 r., związane były z przywiezieniem jego trumny do Rzeszowa. Aż od rogatek miasta przez ul. Dąbrowskiego kondukt z wojskową orkiestrą, był prowadzony przez proboszcza rzeszowskiej fary ks. infułata Tokarskiego, bo jeszcze w tym czasie władza w swoich działaniach podpierała się kościołem. Dalej przeszedł ul. Zamkową, 3-Maja obok budynku, gdzie w 1944 roku urzędował generał ze swoim sztabem, kiedy organizował w Rzeszowie II Armię L.W.P., aż do Jasionki, skąd trumna samolotem odleciała do Warszawy.

    Za Jabłonką droga zaczęła się wspinać na grzbiet pasma górskiego, ale dla nas , choć żaden z naszych rowerów nie był przystosowany do jazdy w górach, nie było kłopotem pokonywać takie wzniesienia. Potem czekała nas „darmowa” jazda w dolinę rzeczki Osławy, do osady w Cisnej, gdzie planowaliśmy skorzystać z jedynej w tym rozległym obszarze stanicy turystycznej. Przy zjeżdżaniu w dół przy dość dużej prędkości o mało co, a nie rozłożyłbym się na poboczu. Należy wspomnieć, że droga, a ściślej mówiąc, to co kiedyś było drogą, upstrzona była dziurami, więc korzystając z jako takiej równości pobocza, mogliśmy jechać z większą prędkością. Nie zauważyliśmy, że był tam naniesiony wodą piasek, który nie sprzyjał hamowaniu. Droga, jak to bywa w górach wiła się i przed zakrętem należało zmniejszyć szybkość. Na piaszczystym podłożu wpadłem w poślizg, ale jakoś rozpaczliwie manewrując rozpędzonym rowerem uratowałem się od, wydawało się, pewnej wywrotki, a wiadomo jaki to mogło mieć skutek. Takie przygody, na granicy bezpieczeństwa nabicia sobie dużego guza, zapamiętuje się na całe życie.

    W Cisnej faktycznie było coś w rodzaju schroniska turystycznego, gdzie na kilka dni mogliśmy nawet zostawić rowery, bo dalej w kierunku wschodnim, w serce gór, dalszej drogi nie było. Sama osada składała się z kilkunastu domostw, stała nawet, choć bardzo zapuszczona i zamknięta kaplica, była skrzynka pocztowa i sklep. Zabraliśmy na plecy całe swoje ruchome wyposażenie i poszliśmy już na piechotę przez Dołżycę do Kalnicy. Dalsza nasza wędrówka, prowadziła w górę na Smrek (1223 m npm) i dalej grzbietem pasma Połoniny Wetlińskiej, czyli typowymi dla tych gór, obszernymi szczytowymi, bardzo malowniczymi łąkami.

   Dość nużące było wędrownie w jednostajnym krajobrazie, ale w końcu pod wieczór niespodziewanie, ku naszej radości, dotarliśmy do bazy ludzi zajmujących się wypasaniem owiec. Ze znacznej odległości, wcześniej słyszeliśmy beczenie owiec, a w miarę zbliżania się coraz mocniej dochodziło do nas szczekanie - jak się potem okazało - dużych, białych puchatych psów – owczarków pasterskich. Widocznie na tym odludziu stanowiliśmy duża atrakcję dla baców, gdyż byli nas ciekawi, okazali się dla nas bardzo gościnni i nawet zaproponowali nam nocleg w ich „sypialni”, w czymś co było skleconym z byle czego budynkiem, na jakichś wyrkach.

    Mieliśmy okazję z ciekawością przyglądnąć się, bo wcześniej żaden z nas tego nie widział, jak warzy się owcze mleko i potem jak z niego robi się ser, na smakowite oscypki. Pozostałością po tym procesie, czyli serwatką - żętycą, bardzo obficie nas częstowali, zachęcając apetycznie słowami „pijcie panocki, bo i tak świnie to zjedzom”. Warunki sanitarne panujące w tej wytwórni serów nie bardzo wpływały na ochotę, ale wypadało się nam grzecznie zachować i ostrożnie ulegliśmy, przezornie jednak nie przesadzając, bo znaliśmy wpływ tego płynu na ludzki układ trawienny. Pomimo poczęstunku żętycą jakoś spokojnie przespaliśmy do rana, choć w nocy zbudził nas jakiś harmider i nawoływania. Przy śniadaniu dowiedzieliśmy się od baców, że w nocy do stada owiec podkradały się wilki i musieli interweniować, aby je odstraszyć, więc chyba żadnych szkód w stadzie nie było, a może były – nie pamiętam.

    Do tej pory sprzyjała nam pogoda, ale ten ranek był bardzo chłodny i mglisty. Podziękowaliśmy naszym miłym gospodarzom za gościnę i choć pogoda nie zachęcała nas do dalszego marszu, bo mieliśmy przecież dach nad głowami, rad nie rad, wyruszyliśmy w drogę i zeszliśmy w dolinę, gdzie wg naszej mapy miała się znajdować miejscowość Berehy Górne, za kilkanaście lat przemianowane na Brzegi Górne. W dolnych partiach zaczęliśmy się rozglądać szukając zabudowań, ale nigdzie ich nie było. Zobaczyliśmy natomiast coś co kiedyś mogło być przydomowymi sadami, bo rosły zdziczałe drzewa owocowe na tarasowato położonych polach. Później niżej minęliśmy też resztki, tego co pozostało po dawnej zagrodzie.     Takich
smutnych obrazków nie mieliśmy wiele, bo wszystko raczej było zrównane z ziemią, a bujna przyroda dokonała reszty zagłady tego, co dawniej było kwitnącą życiem wioską. Staliśmy i spoglądaliśmy na otaczające nas wzniesienia i widać było wyraźnie rozdzielone miedzami szachownice pól zarośnięte już dużymi drzewami i krzakami.

    Z Berechów, a właściwie z tego co po nich zostało zaczęliśmy znów podchodzić na następne wzniesienie - Połoninę Caryńską, z której pomaszerowaliśmy do następnej oznaczonej miejscowości - Ustrzyk Górnych. Gdy zeszliśmy z górskiego grzbietu znaleźliśmy strażnicę Wojsk Ochrony Pogranicza i tego dziś już nie jestem pewny, ale chyba jakiś barak, co może mogło być schroniskiem. Następnego rana staliśmy przed dylematem: co robić dalej, bo pogoda wyraźnie się zaczęła psuć. Pierwotnie mieliśmy w planie wejść na najwyższe wzniesienia polskich Bieszczad – Tarnicę, Halicz i Krzemień, ale ich we mgle i deszczowych chmurach zupełnie nie było widać, więc zrezygnowaliśmy i poszliśmy zamiast na szczyty, doliną rzeki Wołosaty, w kierunku północnym.

   Za Stuposianami przekroczyliśmy San i na prawym brzegu tej rzeki znaleźliśmy się na terenie, który parę lat wcześniej (1951), na mocy porozumienia władz Polski z ZSRR, po powojennym zagarnięciu go, znów powrócił do Polski. Propaganda ówczesna nagłaśniała tę umowę pod nazwą „wymiana odcinków terytorialnych” i wyjaśniała, że dzięki temu na Sanie można będzie zbudować zaporę wodną z elektrownią, stworzyć jezioro i w ten sposób bardzo uatrakcyjnić walory turystyczne Bieszczad. Za te nieużytki Polska odstąpiła koło Hrubieszowa identycznie powierzchniowo zakole Bugu, gdzie zbudowany został później duży ośrodek kopalń węgla kamiennego. A na Sanie rzeczywiście w jakichś czas potem zbudowana została w Myczkowcach zapora z elektrownią wodną i w skutek tego powstało spiętrzenie wody i rozlewisko zwane obecnie Jeziorem Solińskim. Od września 1939 r San był niepełne dwa lata rzeką graniczną, dalej za Przemyślem granica skręcała w kierunku Bugu, bo tak przebiegała linia tajnego porozumienia pomiędzy dwoma sąsiadami Polski z zachodu i wschodu, co do zakresu IV jej rozbioru.     Nasze wędrowanie było monotonne i nużące, więc kiedy nadarzyła się okazja zabrania się na przejeżdżającą ciężarówkę, chętnie wsiedliśmy i dojechaliśmy przez Lutowiska, Czarną do Ustrzyk Dolnych. Po drodze, z naszego środka transportu, mieliśmy dogodne warunki obserwacji, przejeżdżaliśmy bowiem przez obszar, który jeszcze niedawno był egzotyczną zagranicą. Wyraźnie widać było pozostałości różnych szyldów wykonane cyrylicą. Osada Lutowisko, jeszcze dwa lata temu, choć była już polską, nadal nosiła poprzednią nazwę Szewczenko.

    Pod wieczór przybyliśmy do Ustrzyk Dolnych, które stanowiły niby miasteczko i tam jeszcze wyraźniej były zachowane oznaki dawnej przynależności terytorialnej. Rozglądnęliśmy się za możliwością przenocowania i znaleźliśmy stację turystyczną. Rano poszwędaliśmy się nieco po zapyziałych uliczkach, ale nic ciekawego, oprócz obdartych domów ze śladami pozostałymi po poprzednich gospodarzach, nie mieliśmy do oglądania, więc podreptaliśmy stację PKP, aby pojechać nieco na zachód, czyli do Leska. Parę kilometrów za Ustrzykami linia kolejowa prowadziła przez Ustianową – gdzie przed wojną ze wzglądu na dogodne warunki wiatrowo-terenowe, znajdował się znany w Polsce ośrodek szkoleniowy sportów szybowcowych, o czym wiedziałem z gazetki - Skrzydlata Polska. Tuż przed Leskiem znów, ale od strony zachodniej, przecięliśmy do niedawna istniejącą tutaj krajową granicę i w Lesku zakończyliśmy pociągową jazdę. Miasteczko było dość daleko od stacji, a nam zależało na dostaniu się jeszcze przed wieczorem do Cisnej, zaczęliśmy więc oglądać się za jakąś zmotoryzowaną okazją i zrezygnowaliśmy ze zwiedzania Leska.

    Szliśmy tą samą trasą, którą przed kilkoma dniami przejechaliśmy rowerami, licząc na to, że może coś będzie jechało w interesującą nas stronę i dogoni nas. Byliśmy już parę godzin w drodze, kiedy faktycznie usłyszeliśmy z dala odgłosy nadjeżdżającego samochodu ciężarowego. Ku naszej radości kierowca zareagował na nasze rozpaczliwe znaki zatrzymał się. Był to samochód pocztowy, co najważniejsze jechał aż do Cisnej i kierowca zgodził się nas zabrać. Wsiedliśmy do tyłu na platformę, bo to nam zapewniało lepsze obserwowanie widoków i świeże powietrze. W Baligrodzie samochód stanął przy zrujnowanym budynku, w którym był urząd pocztowy. Po jakimś czasie ruszył dalej i to co przeżyliśmy w czasie jazdy tym autem zapamiętałem do dziś. Jak już wcześniej wspominałem, to co zwykle nazywa się drogą, dalekie było od tego czym myśmy się poruszali. A kierowca widocznie bardzo się śpieszył i miał chyba rajdowe upodobania, gdyż gnał na przysłowiowe złamanie karku. Nie pamiętam czy to był ZIS, czy Lublin ale, aż dziw bierze jak bardzo dobrze wytrzymywał tę szaleńczą jazdę po wertepach. Myślałem, że za chwilę odleci koło, lub złamie się resor. Najpierw wstrząsy na dziurach w drodze usiłowaliśmy amortyzować uginaniem kolan, ale na dłuższą metę stało się to niemożliwe. Na skutek nagłych zmian kierunku, aby omijać nierówności, byliśmy rzucani na wszystkie strony po całej pustej pace. Dobrze, że nad platformą były pałąki do podtrzymywania plandeki i mogliśmy częściowo odpoczywać - wieszając się rękami na nich jak małpy w klatkach. Czekaliśmy końca jazdy jak na zbawienie i po tej męczarni z wielką ulgą przyjęliśmy koniec dzisiejszego etapu. Byliśmy w Cisnej.

   Jeszcze za dnia zdążyliśmy rozbić namiot, aby go wysuszyć, bo na poprzednich noclegach zmókł. Sami natomiast zmęczeni położyliśmy się obok, aby odpocząć po emocjach jazdy. Musieliśmy być jednak bardzo mocno sponiewierani, bo Karol i ja zasnęliśmy, a Kaziu, widocznie bardziej był odporny na trudy, bo uwiecznił na zdjęciu tę scenę i chwała mu za to, bo została „czarne na białym” pamiątka, po tamtych dniach.

   Następnego dnia odebraliśmy ze schroniska rowery i z całym naszym ekwipunkiem czekaliśmy cierpliwie w Cisnej na przyjazd kolejki wąskotorowej, którą było transportowane drewno pozyskiwane w bieszczadzkich lasach. Kolejka kursowała z Dołżycy bez rozkładu jazdy, w miarę jak przygotowano załadunek. Przy okazji rzadcy turyści, tacy jak my, mogli korzystać z tej atrakcyjnej formy podróży. Przejechaliśmy tak kilkanaście kilometrów na zachód oglądając z platformy kolejowej bieszczadzkie krajobrazy, aż do Rzepedzi, skąd już normalną koleją była szansa jechać dalej do Zagórza, czy Sanoka.

   W miarę zbliżania się do naszego końcowego przystanku pogoda się pogorszyła, a w Rzepedzi padał już regularny deszcz. Bez entuzjazmu wyruszyliśmy w dalszą drogę, bo nic nam innego nie pozostało. Deszcz przestał padać, ale droga zamieniła się w grząskie błoto. Gdyby sprzyjała nam pogoda skierowalibyśmy się może kilka kilometrów na południe, do Komańczy. Mieliśmy ochotę zwiedzić tam klasztor w którym kilka lat internowany był przez władzę ludową prymas ks. kard. S.Wyszyński, a żeby spełnić żądania i uspokoić nastroje społeczeństwa, uwolniony dopiero pod koniec historycznego polskiego w październiku 1956 r.

   W takim grząskim terenie nie wiadomo było, czy jechać, czy pchać rowery, i dziś nie potrafię opisać w jaki sposób dotarliśmy do Rymanowa i dalej do stacji , aby „wsiąść do pociągu byle jakiego” i z przesiadką w Jaśle dotrzeć do Rzeszowa. Żałowaliśmy, że tak fatalnie się złożyło z pogodą, która nie pozwoliła na zrealizowanie wszystkich naszych planów. Nie pamiętam, czy Karol jeszcze wstąpił do mojego domu, czy już od razu pojechał do Gliwic. Za kilkanaście dni zaczynała się nasza praktyka i znów otwierała się perspektywa wspólnego wałęsania się po górach. Ale to już całkiem inna historia opisana w całkiem innym miejscu. A wątek bieszczadzki jeszcze parę razy pojawiał się w naszej rodzinie. Za parę lat z Krysią, ale jeszcze nie żoną i z bratem Józkiem motocyklami objeżdżaliśmy te drogi, którymi się wtedy dało jechać i na stryszku jakiejś zagrody nocowaliśmy w Cisnej. Wieczorem na podwórku gospodyni, którą chyba z wcześniejszych swoich tutaj pobytów znał brat, bardzo się przed nami otworzyła i wspominała czas dawnego niepokoju i bratobójcze rzezie w jej rodzinie. Okrucieństwa tych opowieści Krysia pamięta i może je opowiadać jeszcze dziś. Następny raz Bieszczady stały się tematem rozmyślań domowych, kiedy już z Krysią mieszkaliśmy w Żywcu z Rodzicami na tartaku, czyli w latach 1962-63. W tym okresie w związku z budowaną zaporą na Sole i opróżnianiem terenu pod powstający zalew, tartak Rodziców Krysi musiał być likwidowany. Władza proponowała przeniesienie całości w Bieszczady i zbudowanie od nowa tartaku w tamtym bogatym w drewno terenie. Jednak Tato Krysi nie wyobrażał sobie życia poza Żywcem i propozycji nie przyjął. Z ciężkim sercem rozstawał się ze swoim wieloletnim dorobkiem, gdzie rodzina przeżyła różne dobre i ciężkie chwile.

   A Bieszczady z latami zostały zagospodarowane, pobudowano drogi i powstały piękne ośrodki wczasowo-turystyczne. Wspaniałe widoki zapewnia objazd tzw. dużą pętlą bieszczadzką. Ta dziś bardzo dobra droga wiedzie trasą, którą myśmy pół wieku temu przemierzali piechotą. Po zmianach ustrojowych stały się dla wielu zasobnych ekscentryków miejscem budowania swoich rezydencji, a wielu ludzi tzw. wolnych zawodów, zmęczonych otoczeniem, wybrało sobie tam z dala od miejskiego zgiełku nowe miejsce dla swojej twórczości. Ostatni raz byłem tam w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy w czasie służbowego pobytu samochodem w Sanoku, podjechałem dalej, aby powspominać naszą sprzed laty włóczęgę i zobaczyć co się w tych okolicach zmieniło. Elektrownia w Myczkowcach już stała i turbiny wodne „mruczały”, a z korony zapory roztaczał się daleki widok na jezioro, ale i tym razem nie miałem szczęścia do pogody, bo znów czasami padał deszcz i było mokro.     Zadawałem sobie pytanie: czy to jest taki dla mnie niefortunny zbieg okoliczności, czy czasem nie są to w nadmiarze nagromadzone w przestworzach łzy ludzi opłakujących tamte dawne krwawe wydarzenia jakie niedawno się tutaj toczyły?
Wspomniane pod koniec zimy w 2008 roku.
TR

- Do góry -




Tadeusz i ja

Początek naszej znajomość datuje się pięćdziesiąt i kilka lat wstecz. Zetknęliśmy się - on Rzeszowiak, ja Gliwiczanin - przed tablicą ogłoszeń Politechniki, która wieściła nasze przyjęcie na rok akademicki 1955/1956. Odpowiednio pogodny nastrój chwili doprowadził do pierwszej wymiany zdań, których w następnych latach miało być o wiele, wiele więcej.
Okazało się, że łączy nas chęć poznawania i dociekania, że obaj w grupie nie spotkaliśmy innych osobników o tak wyraźnie ukształtowanych zainteresowaniach. I to był właściwie początek naszego związku.
Nie było tak, że przebywaliśmy ciągle ze sobą, ale starałem się korzystać z wyraźnie wyższego zasobu wiedzy teoretycznej Tadzia. W początkowym okresie studiów miałem wybitne zaległości w matematyce, które Tadek w swój nonszalancki sposób podejścia do studiów starał się co prawda zmniejszyć, jednak ja nadal z trudem goniłem za aktualnym stanem wykładów. Przy tym poznałem jedną z jego cech studenckich: mianowicie absolutne przeciwieństwo kujona - pracować tyle ile akurat potrzeba ...i w ogóle to liczyć na lotność własnego umysłu.
Ale tu niebawem "przyszła kryska na matyska", w postaci egzaminu z mechaniki po drugim semestrze. Obaj czuliśmy się dobrze z tematem obeznani i wydawało nam się, że tu problemów nie będzie. Stało się inaczej, bo wraz z zadaniami z innych niż nam znanych kręgów tematycznych, przyszła konieczność innego podejścia do rozwiązania. Ja popadłem po prostu w panikę i w przekonaniu wyższości logicznego myślenia mego kolegi, korzystałem ze ściągi, którą on mi bez przekonania przekazał. I przy tej okazji Tadek został ściągnięty z piedestału, na który go wywindowałem. Widać było, że i jego kostium odporności psychicznej miał swe granice. Myślę, że wyciągnął odpowiedni wniosek z tej afery. Bo pamiętam później wiele posiedzeń przedegzaminacyjnych, gdzie w większym gronie szlifowaliśmy swe umiejętności. Przy czym Tadek na serio robił to tylko przy przedmiotach, które go interesowały.

Bo z zainteresowaniem bywało różnie. Tadek planował być przyjętym na Wydział Elektryczny Politechniki. I bez wątpienia zostałby studentem tego wydziału, gdyby nie kłoda jego pochodzenia społecznego: przesunięto go na wydział, który dysponował większą ilością miejsc i próg pochodzenia społecznego nie odgrywał takiej roli. Z mego punktu widzenia jednak dobrze się stało, bo tak poznaliśmy się na Wydziale Górniczym. Ten zaś w pierwszym roku oddał swoich elektryków, t.zn. naszą grupę, pod opiekę Wydziałowi Elektrycznemu. Tutaj poczuliśmy wiatr bardziej nam odpowiadający i stąd po pierwszym roku Tadek niewiele musiał mnie przekonać, by podjąć starania o przeniesienie na ten wydział. Nie zaskoczę nikogo, jeśli opowiem, że nasze heroiczne starania spełzły na niczym. Mieliśmy jedenasty rok Polski Ludowej, jej specyficzny porządek społeczny i olbrzymie zapotrzebowanie na węgiel, główny dewizowy środek płatniczy.

Podczas lat uczelnianych, obok studiów oczywiście, było wiele okazji, podczas których kontakty z Tadziem uległy pogłębieniu. Stołówka i odwiedziny jego w domu były tylko częścią z nich. Pamiętam też jego rolę na ślubie cywilnym mej siostry, gdzie "wyrwany z szeregu" nie miał oporów, by - tak pomiędzy zajęciami - zostać świadkiem w urzędzie stanu cywilnego. Zupełnie za darmo.
Mieszkał w akademiku, od drugiego roku w wiecznie niewykończonych budynkach na Łużyckiej. Jego pokój (wspólny z Kazikiem i Dok-Junem) niebawem stał się moją przystanią - podczas dłuższych przerw w zajęciach albo podczas "posiedzeń naukowych". Tam, w akademikach, niebawem znalazł sobie zajęcie godne technika-radioamatora. Doszlusował do brygady utrzymującej radiowęzeł akademicki, nie lada osiągnięcie w owych czasach. Cały kompleks akademików był zradiofonizowany, t.zn. w każdym pokoju był głośnik, bezceremonialnie nazwany kołchoźnikiem. I Tadek był jednym z tych, którzy wiedzieli co i jak. Imponował mi swoją wiedzą ...oraz władzą. Bo pani z portierni wydawała mu bez oporów klucz do pomieszczeń radiowęzła. Mógł mi wtedy demonstrować ciszę studia oraz pulpit sterowniczy wraz ze wszystkimi przynależnymi urządzeniami za szybą.
No i najważniejsze elementy wzajemnego poznania się podczas studiów: Nasze wspólne wyprawy turystyczne, na praktykę lub na "akcje".

Pod koniec ostatniego regularnego semestru, wraz z ubywającymi obowiązkami wobec uczelni, nasze kontakty stały się luźniejsze. Widzieliśmy się rzadziej, bo każdy chyba już definiował sobie inne priorytety. Czy to praca dyplomowa, sprawy prywatne lub wręcz rozglądanie się za zakładem pracy, w którym będzie mógł odbyć obowiązujący staż po studijny.
W tym okresie Tadek sprawił mi największą niespodziankę. Spotkaliśmy się w lekko zatłoczonej stołówce na Łużyckiej i Tadek na samym wstępie mi zakomunikował: "Zaczekaj moment, przedstawię tobie koleżankę", po czym znikł w tłoku. Moja pierwsza myśl: Tadek, koleżankę? Nigdy przedtem nie ujawnił się w tym kierunku. Ale nie miałem czasu na kontynuowanie swoich myśli, bo już pojawił się Tadek z powrotem, w towarzystwie - i tu oniemiałem - jedynej na Politechnice dziewczyny, która w czasie ostatnich kilku lat, podczas przypadkowych spotkań w stołówkach lub innych budynkach politechnicznych wbiła się w moją pamięć! - "To jest Karol, o którym już słyszałaś" zostałem przedstawiony. Kogo on mi przedstawił, chyba nie usłyszałem, może dlatego, że byłem tak zaskoczony. Krystyna, bo to imię jednak padło, przywitała się ze mną dość sztywno, a ja byłem zbyt zaaferowany, by sytuację rozładować.
Ale od tego czasu wiedziałem, że Tadziu już nie chodzi sam przez życie, tylko w przewidywalnym czasie dorówna mi, staremu już wtedy małżonkowi.
Żeby ten przypadek jeszcze odpowiednio ubarwić, przytoczę króciutki epizod, który miał miejsce kilka miesięcy później. Było lato i miałem już swoją Jawę 250. Pewnej niedzieli byliśmy z Heleną w Gliwicach i przejeżdżając ul. Studzienną, natknęliśmy się na trójkę przechodniów: Tadka, Krystynę i Józka, brata Tadzia. Oczywiście zatrzymałem się, Hela poznała Krystynę i Józka i rozwinęła się rozmowa na zwykłe w takich okolicznościach tematy. I w trakcie tej rozmowy, Józek objął Krystynę i zaprezentował się z nią pytaniem: "Piękną mam szwagierkę?", przy czym Krystyna wtórowała mu dygiem, rozchylając jedną ręką szeroką spódnicę.
I mogliśmy mu tylko przyznać rację.

To też był ten okres, w którym u Tadzia dojrzała myśl, by nieużywany w Rzeszowie motor, Junaka, ściągnąć do Gliwic i mieć środek lokomocji, np. do niedzielnych wycieczek. Pracował wtedy na stażu w Łabędach, zaś Krystyna imponowała nam asystenturą na Wydziale Budownictwa.
Tak umówiliśmy się pewnego dnia i pojechaliśmy na Jawie do Rzeszowa. Matce Tadka, po smutnych doświadczeniach przeszłości, w ogóle nie spodobała się myśl, że teraz Tadek będzie poruszał się tym wehikułem. Ale chyba na końcu uwierzyła w rozsądek i rozwagę syna i na drugi dzień wracaliśmy do Gliwic już na dwóch motorach.
Teraz Tadek z Krystyną łatwiej mogli bywać w Pyskowicach, skąd wybieraliśmy się na jedną czy drugą wycieczkę, tak np. na Górę św. Anny. Tych wycieczek w następnych latach było więcej, przy czym bazą wypadową stał się Żywiec, gdzie Tadek zamieszkał z założoną przez siebie rodziną. Mieszkali jeszcze w tartaku, siedzibie rodziny Zyzaków, na dnie obecnego Jeziora Żywieckiego. Już wiadomo było, że muszą się stamtąd wyprowadzić. Gdy tam bywałem na motorze, z Heleną, rozmowy toczyły się na temat budowy nowego domostwa. Wyboru miejsca już dokonano: własna działka na stoku górującym nad tartakiem. Zresztą wszystkich dotkniętych ewakuacją czekało to wzgórze, miasto przewidywało tam nową dzielnicę. Miejsce widokowo bardzo przyjemne, ale dojazd!!! Chyba dobrych kilkadziesiąt metrów po bardzo złej drodze trzeba było się wspinać, by dostać się na przyszłe miejsce budowy. My pokonaliśmy je piechotą bez większego trudu na przełaj, jednak dostawa materiałów była trudna i raczej kosztowna. I był jeszcze problem wody. Tak kopano na parceli, na której stanąć miał dom dwurodzinny, dość głęboką dziurę, do której i ja zaglądałem. Jednak woda się nie pojawiła, i trzeba było ją po prostu znów zasypać...
Gdy budowa ruszyła, Tadek już nie pracował na Górnym Śląsku, znalazł sobie pracę w browarze Żywieckim. Oczywiście dużo czasu poświęcił budowie, gdzie czynnie pomagał przy różnorakich pracach. Swoją pracowitością i umiejętnościami zaimponował widocznie mistrzowi budowlanemu, gdyż ten zaproponował mu pracę w swojej brygadzie!
Budowa własnego domu, rzecz absolutnie niecodzienna dla ogromnej większości obywateli PRL. Ale Rzeczpospolita Ludowa dbała o to, by obywatele nie mieli kłopotów z budową, zatwierdzili pewną ilość projektów standardowych, z których należało skorzystać przy budowie (własnego) domu. To, że nie były to projekty optymalne dla każdego, nikogo nie interesowało. Z wyjątkiem przyszłego użytkownika, który skazany był na jakiś kompromis. Tak też wyglądała sprawa w przyszłym domu Tadka i jego teściów. Ale oni mieli przecież Krystynę, poniekąd specjalistkę od spraw projektowo-budowlanych! I tak cichaczem wprowadzili w swoim domu pewne zmiany, dostosowując go odrobinę lepiej do swoich potrzeb. Oczywiście nie optymalnie, bo oprócz ograniczeń narzuconych projektem, istniały jeszcze ograniczenia materiałowe - i te już nie były do przeskoczenia.
W tym też czasie Tadek, znawca terenu i map, przejął rolę przewodnika po drogach i górkach Żywiecczyzny. Motorami podjechaliśmy np. drogą leśną pod samą granicę ze Słowacją, przepraszam, Czechosłowacją. Bardzo dziwne dla mnie uczucie widzieć kilkanaście metrów dalej drzewa i krzaki nienależące już do Polski   -  jednak jak okiem sięgnąć żadnego wopisty.

W 1963 roku chyba skończyły się nam jazdy motocyklowe, bo Tadek sprawił sobie Dauphine, firmy Renault. Była już lekko używana i Tadek mógł się wykazać swoją żyłką techniczną przy naprawach i utrzymaniu jej w dobrym stanie. Było to auto czterodrzwiowe, produkcji zachodniej i stąd modelem bardziej prestiżowym, niż mój Trabant, którego dochrapałem się pod koniec 1964 roku. Zresztą Dauphinka miała kilka koników więcej i odpowiednio wyższą prędkość maksymalną. Ciekawym, czy Tadziu dzisiaj jeszcze pamięta te parametry?
To tak na marginesie. Pamiętam Tadka i Krystynę, kiedy odwiedzili mnie na moim ówczesnym miejscu pracy w Instytucie Metali Nieżelaznych: z Dauphinką, synem i nocnikiem - wyposażeniem na miarę potrzeb. Czyli nie szczędzili trudów, by przy jakieś okazji zawitać do starego już kolegi.

Potem dom na wzgórzu już stał i mieszkańcy czuli się tam chyba już u siebie. Po tartaku śladu już nie było, niebawem woda Soły wszystko przykryła. Ja dojeżdżając na Beskidzką 20, pamiętam doskonale ostatnie 200 metrów: slalom pomiędzy kamieniami i dziurami w tej drodze. Odwiedziliśmy ich od czasu do czasu, na ogół niespodziewanie, bo przecież telefonu nie było. Można się było co najwyżej listem zameldować, ale to też była sprawa niepewna.
Tak znaleźliśmy się któryś niedzieli w Żywcu, a tu gospodarzy nie było. Zastaliśmy jednak gościnnych teściów, którzy przyjęli nas i towarzyszących nam gości z NRD bardzo serdecznie. Pani Zyzakowa miała przy tym okazję porozmawiać po niemiecku, jako że nie wszyscy mówili po polsku.

Potem był okres kilkunastoletni, w którym mój kolega już pracował w Żywieckiej Fabryce Maszyn, gdzie się szybko poznali na jego uniwersalnych talentach elektryczno-mechanicznych. I tak nadawał ton nie tylko w biurze konstrukcyjnym, ale widocznie dyrekcja doszła do wniosku, że jego wszechstronne zdolności techniczne predestynują go do uruchomienia i wdrożenia maszyn u odbiorców, daleko od domu. Maszyny, czyli wtryskarki i inne prasy, które znalazły odbiorców na bliskim wschodzie i w krajach arabskich. Stąd, w owych czasach, gdy przeciętny obywatel z wielkimi trudnościami - albo wcale - mógł dotrzeć do paszportu, mój kolega stał się nie tylko globtroterem, ale także posiadaczem dewiz. Bo "starym" zwyczajem Polaków wyjeżdżających służbowo za granicę, było oszczędne ich wydawanie, tam, na służbie. By potem móc z nich korzystać w innych okolicznościach. Dla Tadka były to prywatne wyjazdy rodzinne za granicy kraju. Mając ułatwiony dostęp do prywatnego paszportu i wymagane dewizy na koncie, mógł wyżyć swoje ciągotki do poznawania świata I to poza horyzonty przeciętnego śmiertelnika PRL. Momentami mu troszeczkę zazdrościłem tych możliwości. Z drugiej jednak strony w mojej psychice tak mocno zakorzenione już były ograniczenia z powodu bycia autochtonem na Śląsku, że przyjąłem te sprawy jako fatum życiowe. Tak, jak przypuszczalnie przyjmuje człowiek od urodzenia ułomny swoje kalectwo.
Tadka pracę pod koniec lat siedemdziesiątych uhonorowano stanowiskiem dyrektorskim w zakładzie. Byłem dumny z "posiadania" kolegi dyrektora, ale zarazem na tyle bezczelny, żeby w potrzebie bez zastanowienia wykorzystać ten fakt. Gdy w spółdzielni, w której pracowałem, nawaliła bardzo potrzebna wtryskarka, nie zawahałem się go poprosić o przysłanie mechanika poza wszelkimi kolejnościami, nazajutrz.
No i Tadek to zrobił.

Jeszcze jedna, bardzo znamienna okoliczność, kojarzy mi się z Żywcem ("przedwojennym" chciałem powiedzieć) z lat przed tym wielkim przełomem, tym nie tylko dla mnie. Stanęła sprawa, że ja z rodziną opuszczę Polskę na stało, szukając nowej ojczyzny za Łabą. Przyjechaliśmy w piękny, przedwiosenny dzień do Tadków, by po raz ostatni(?) porozmawiać, być ze sobą. Siedzieliśmy na fragmentach murku czy ławce sąsiedniej parceli i opowiadaliśmy o naszych sprawach i o kłopotach nas trapiących. Polska Ludowa pozbywała się nas niezbyt elegancko, kładąc nam różne kamienie w drogę. Tak np. byliśmy zmuszeni płacić duży podatek od spadku za babciny domek, by następnie zostawić go i tak obcej osobie. Różne inne potrzeby finansowe związane z wyjazdem, pewne fiasko przy sprzedaży samochodu doprowadziły do krytycznej sytuacji budżetowej w rodzinie i nie bardzo wiedzieliśmy, jak ją w przewidywanym przez władze terminem, rozwiążemy.
I tutaj włączyła się Krystyna do rozmowy, pytając Tadka: "Czy nie moglibyśmy im pożyczyć pieniądze, które mamy przygotowane na meble? Bo mebli w najbliższym czasie i tak nie będzie?" Dla mnie kompletne zaskoczenie, bo tej ewentualności w ogóle nie brałem pod uwagę. Tadek oczywiście nie widział przeszkód, ale ja zapytałem się ich, jaką mają gwarancję zwrotu tych pieniędzy? Usłyszałem wtedy miłe uchu przekonanie o mojej uczciwości. Jednak nie popuściłem i pogłębiłem pytanie, że przecież mogłyby pojawić się obiektywne okoliczności, z powodu których nie wywiązałbym się ze swoich zobowiązań. I wtedy Krystyna dała mi się poznać ze swej specyficznej strony, z wiary w dobro i umiejętności ewentualnego pogodzenia się nawet i z takim faktem.
W każdym razie przy pożegnaniu byliśmy w posiadaniu kilkudziesięciu tysięcy złotych i w wyraźnie lepszym humorze. Już w Pyskowicach zdołaliśmy tymi złotówkami załatwić trapiące nas przedwyjazdowe sprawy. A Tadek zapewne pamięta, że jeszcze przed opuszczeniem Polski, zdołaliśmy pozbyć się naszych długów.

Byliśmy już przeszło rok w Niemczech, gdy rodzina Rodzoniów podczas kolejnej eskapady zagranicznej, zawitała do naszych skromnych progów w Glessen. Odwiedzili mnie też pewnego dnia na moim miejscu pracy w Kolonii. Wracając do domu, Tadek zaproponował mi kierownicę w Fiacie, takim samym, jakim przez trzy lata jeździłem w Polsce. Poprowadziłem przez dwa skrzyżowania i kilka zakrętów, by po tym, czym prędzej pozwolić Tadkowi dalej prowadzić ten samochód. Odzwyczaiłem się w przeciągu tego roku od wszystkich kanciastych cech tego samochodu i czułem się po prostu niepewny.
Z Glessen odwiedziliśmy wspólnie siostrę Heli w Hagen, wszyscy w moim BMW 520. Było troszeczkę ciasno, ale wycieczka się udała. Tak jak odwiedziny w Phantasialand, przy czym tu nie pamiętam, w jakim dokładnie składzie myśmy tą krainę odwiedzili. Dwoma samochodami? Czy tylko jednym i czworgiem dzieci, bo Roland i Monika, już po feriach, znów byli w Glessen? Pamiętam jazdę chłopców tą kolejką przez góry i wąwozy. Co wyskoczyli po jednej jeździe, ustawili się już w kolejce do następnej. Hela wtedy jeszcze pracowała w biurze i Krystyna przejęła na czas swojego pobytu w Glessen rolę gospodyni w naszym ówczesnym mieszkaniu. Hela do dzisiaj wspomina wygodę dla siebie i gospodarność Krysi, która wydała w tym czasie minimalną ilość pieniędzy na utrzymanie domu. Tadek i Piotrek starali się zarobić kilka groszy, przejmując malowanie okien w pewnym domu niedaleko nas. Ale tak mi się później wydawało, że pracowali zbyt sumiennie (co oczywiście odrobinę dłużej trwało) bo gospodarz dalszych zleceń nie udzielił.
Ciekawym, czy Piotrek jeszcze pamięta pierwsze kilkadziesiąt metrów prowadzenia BMW spod garażu do parkingu przed domem? Wspominam dlatego o tym, bo sam się sobie zdziwiłem, oddając bez skrupułów samochód - na który wtedy jeszcze bardzo chuchałem - w ręce młodego człowieka. Helena do dziś mi wypomina, że w Polsce nigdy nie prowadziła ani pierwszego, ani drugiego Trabanta. Bo na początku był nowy i trzeba go było szanować - zaś przed sprzedażą trzeba było dbać o to, żeby go nie podrapać. Wspominam o tym, bo wydaje mi się, że w domu mego kolegi toczyły się podobne dyskusje.
W pamięci mam różne epizody ze wspólnych wyjazdów służbowych lub prywatnych w Niemczech. Tak byłem z Tadkiem u Siemensa w południowych Niemczech, gdzie on figurował zupełnie bez oporów jako mój współpracownik. Dalej podobny wyjazd z Krystyną do zakładu Robbe, pod granicą dawnej NRD, zakładu, w którym budowano modele samolotów i okrętów. I kilometrowe rozmowy z nią przy tej okazji. Lub wspólny z Tadziem wyjazd do Bonn, po jakieś manele dla Piotrka. Ale ten wyjazd nowym BMW wyposażonym w system nawigacyjny, i wypożyczonym w ramach jazdy próbnej z salonu samochodowego. Jednak to już było w innym czasie, w latach dziewięćdziesiątych.
Bo z roku 1981 pamiętam jeszcze dzień ich wyjazdu z Glessen, gdzie odprowadziliśmy ich pod tymczasowy wjazd na autostradę pod Bergheimem. Coś mi się wydaje, że pojechali wtedy jeszcze gdzieś w kierunku Holandii?

Przez całe lata osiemdziesiąte utrzymywaliśmy dosyć żywy kontakt listowy, dziś ciekawy materiał "historyczny". Były wtedy też pewne kontakty "paczkowe", gdy stan wojenny pogorszył i tak już nie najlepsze zaopatrzenie w Polsce. I potem w 1987 roku rozpoczęła się seria ważnych, osobistych kontaktów, kiedy to Tadek przyjeżdżał do Glessen, by pomóc w budowie naszego domu.
Dla mnie - osłabionego jeszcze niedawno przebytą, raczej wciąż mnie jeszcze trapiącą, chorobą - i dla naszego domu, niezmiernie ważne tygodnie, w sumie nawet miesiące. Dom był w stanie surowym wykończony: mury, dach i klinkier. Ale drzwi, okna, rolety, instalacja elektryczna, południowa ściana szczytowa oraz wiele innych szczegółów czekało na wykończenie własnym sumptem. Mieć tu pod ręką kogoś z głową, myślącego moimi kategoriami i chętnego do każdej pracy, okazało się fundamentalne dla skończenia tego przedsięwzięcia.
Chyba obaj nauczyliśmy się przy tych pracach niejednego. Co krok należało przywołać naszą wiedzę inżynierską dla rozwiązania problemów lub wskrzesić umiejętności rzemieślnicze, którymi poprzednio dysponowaliśmy w ograniczonym zakresie. W tym miejscu dochodziło od czasu do czasu do pewnych różnic zdań, które Tadek zwykle zakończył stwierdzeniem: "ty jesteś tu szefem". Co jednak nie oznaczało, że zawsze obstawałem przy swoim. Podsumowując te miesiące wspólnej, pionierskiej pracy, mogę dzisiaj powiedzieć, że była ona niezwykle skuteczna. Czas wykazał, że ilość wad, niedoróbek lub błędnych rozwiązań jest praktycznie równa zeru.
To na pewno też jest, co najmniej w części, zasługą Tadka. To on celebrował niektóre czynności nawet ponad moje przekonanie o "porządnej" robocie. Pamiętam jego pracę przy podciąganiu ściany buforowej z cegły dziurawki przed ścianą betonową w naszej przyszłej sypialni. Wymierzał i wyrównywał każdą cegłę z osobna, i to nie tylko w miejscach drażliwych, gdzie np. prowadzone były przewody elektryczne.
Tadek ofiarował na te prace u nas nie tylko swój urlop wypoczynkowy, ale gimnastykował się dla uzyskania dodatkowych urlopów bezpłatnych. Mało tego, starał się przyczynić do lepszego wyposażenia naszego zaplecza warsztatowego. Jedna co najmniej rzecz przetrwała - i służy - do dziś, stanowiąc niezbędne wyposażenie warsztatu przydomowego: imadło! Pamiętam, jak je pozbawiał, już tu na miejscu, pewnych niedoróbek, charakterystycznych dla gospodarki socjalistycznej. Do dzisiaj też imadło świeci niebieskim kolorem - bo taki akurat lakier wtedy był na budowie dostępny.
Dużo jest wspomnień z poszczególnych etapów budowy, mniej i bardziej przyjemnych. Z tych pierwszych pamiętam konieczność rannego przebierania się w ciuchy robocze: Zimno, nieprzyjemnie i wilgotno było, a my musieliśmy wejść w te rzeczy, przechowywane oczywiście na budowie. Potem ten nieprzyjemny wiatr, który dął przez puste doły okienne i dosiągł człowieka w każdym miejscu. - Oraz na odmianę potem wręcz uczucie szczęścia, gdy po zamontowaniu kolejnej ramy okiennej zawiesiliśmy okna i zamknęliśmy wiatrowi jedną z dróg. Za szybą miało się wtedy nawet odczucie ciepła!   Szczególnie mocno odczuliśmy to po zamknięciu ok. 10 m² powierzchni okiennej w pokoju z podniesionym dachem, w chłodny, listopadowy dzień. Wspólnie chyba też pamiętamy rozmowy i przekomarzania z p. Bilkiem, który równolegle z naszą pracą tynkował pomieszczenia, w których akurat zakładaliśmy "skrzynki" roletowe naszej konstrukcji. Był wyrozumiały, jeśli nie nadążyliśmy przed nim ukończyć tą pracą, by on ze swoim tynkiem mógł je ukryć w ścianie. Opowiadał wtedy kolejną anegdotę ze swoich podróży - a miał o czym opowiadać: Tybet, Afryka, Amazonka ... Stamtąd zresztą wrócił w samolocie sanitarnym, bo po spadnięciu z drzewa był zbyt poturbowany, by polecić zwykłym samolotem.

Jeszcze dobrze nie mieszkaliśmy w nowym domu, to świat stanął do góry nogami. Mur Berliński się otworzył, NRD przestało być państwem realnego socjalizmu i w Polsce działo się podobnie. Naraz sprawa dewiz była mniej istotna, potem nieistotna i ja po 11 latach byłem naraz w Polsce, przede wszystkim w Żywcu. Nadziwić się nie mogłem tym zmianom, tym szyldom reklamowym obok drogi i powszechnej, głośno wypowiadanej krytyce niedawnego ustroju. Myślałem wtedy: jak to dobrze, że raz jeszcze zajrzałem w te stare kąty. Nie podejrzewałem, że była to tylko pierwsza z bardzo wiele podróży do i po Polsce. Podróży, podczas których obserwowałem rozbudowę dróg, od dawno znanych pomiędzy Dreznem i Zgorzelcem, od stopniowego łączenia starej i rozbudowy nowej autostrady w pobliżu granic dawnej DDR. I troszeczkę dłużej musiałem czekać na podobną akcję w Polsce. - Ale nie o tych sprawach chciałem pisać tutaj.
Naraz Żywiec stał się głównym punktem zaczepnym w Polsce. Tadek zorganizował to czy tamto. Wyjazdy do Krakowa, zakupy materiałów budowlanych, mebli i nie pamiętam co jeszcze, w czasach dogodnego kursu złotówki do marki, przewinęło się przez jego dom. Myśmy w Glessen jeszcze cienko gwizdali, bo pożyczki nam bardziej dokuczały, niż przewidywaliśmy. Byliśmy w Krakowie z Heleną, byliśmy z Moniką. Z tą ostatnią mieliśmy nawet małą przygodę. Tadek chcąc nas prowadzić urozmaiconą droga, wybrał taką trasę, na której partiami jeszcze leżał śnieg i pasażerowie pod górę musieli pchać samochód. Zaś z górki zjechaliśmy kroczkiem, nawet z lewej strony - byle dalej od zbocza.
Potem jeszcze dwie, bardzo istotne rzeczy. Pierwsza to przy pomocy Krystyny zorganizowana wymiana uczniów pomiędzy jej żywiecką, i moją, kolońską szkołą, która mi przysporzyła wiele nowych przeżyć i nawet podróż koleją, m.in. przez moje miasto rodzinne. Tadek w tych dniach często służył w charakterze szofera. Dzięki.
No i druga, bardzo istotna przysługa, jaką uświadczył mi on w tych latach: pośredniczył przy znalezieniu młodego człowieka, który chciałby spędzić wakacje w Glessen i przy tej okazji troszeczkę pomóc w domu. I swoim wyborem trafił w dziesiątkę!   Wpadł bowiem na pomysł, by zaproponować swego bratanka, syna tego Zygmunta, którego poznałem w 1957 roku w Rzeszowie jako kilkuletniego chłopca. Jednak Zygmunt, dbając o dobro swego syna, chciał przed wyrażeniem zgody na wyjazd 17-latka, Pawła, poznać intencje jego potencjalnego opiekuna. Nie szczędził wysiłku i podczas jakiegoś wyjazdu na Śląsk, wstąpił na krótki czas do Żywca, by obejrzeć tego, akurat tam bawiącego pana, którego jedyny raz widział w zamierzchłej przeszłości. Ale widocznie uwierzył bratu i zaufał mojej uczciwej fizjognomii, by powierzyć syna ludziom za granicą. Z tego pierwszego przyjazdu zrodziły się dalsze i Paweł stał się bardzo konkretnym, prawie że, składnikiem naszej rodziny. Mało, przyczynił się do tego, że jego rodzina rozszerzyła krąg naszych bliskich znajomych w Polsce.

I teraz się zbliżam do końca swych wspomnień o Tadeuszu dawnych lat. Detale w wielu miejscach opuściłem, gdyż sądzę. że aktorzy mego opowiadania je może nawet lepiej niż ja pamiętają.
Dzisiaj, nawet od wielu lat, możemy wymienić się z Tadziem przez telefon i pocztę internetową. Czynimy to prawie regularnie i przy tej okazji możemy na bieżąco wyrównywać drobne rachunki, jakie się często otwierają w dobrych nawet małżeństwach: wypominki za brak odpowiedzi, za niewłaściwy ton lub inne tego typu problemy.
Lecz pomimo tego, wciąż liczę na to, że tak jak kiedyś zaraziłem go Linuksem, tak teraz myślę, że być może podejmie próbę zajęcia się własną witryną - i tam zgromadzi swoje myśli, swoje opowiadania, swoje obrazki i wiadomości ze swej przeszłości.
Wspomnienia te spisano w Glessen, w lutym 2008 roku.
KM

- Do góry -




NASI PROFESOROWIE   -   RÓŻNE SPOJRZENIE


    Dochodzi pół wieku od czasu zakończenia naszej politechnicznej edukacji. W tym okresie o wielu wydarzeniach związanych ze zdobywaniem wiedzy zapomniałem. Mam na temat „ulotności” pamięci, nawet swój taki pogląd, że jest ściśle związana z ilością włosów na głowie – im ich mniej, tym mniej pamiętam. Można powiedzieć, że razem z włosami wychodzi z głowy pamięć. Ale nie o teorii ludzkiej „memory” chcę coś opowiedzieć.

    Pod koniec naszych studiów koleżeńskie kontakty się rozluźniły. Wspólne zajęcia już się zakończyły, na ogół zaczęliśmy chodzić własnymi ścieżkami. Solidnych „pracusiów” na roku, czyli takich co nie mieli zaległości, mieliśmy nie wielu i każdy, jak mógł starał się uzupełnić wpisy w indeksie, aby potem zdać egzamin dyplomowy. W tej sytuacji nie dysponowaliśmy już dokładną wiedzą kto, z naszej nielicznej grupy dotrwał do końca i poszedł z cenzusem w życie.
Rozjechaliśmy się w różne środowiska, każdy, gdzie sobie wymarzył, czy mógł starał się o pracę, zakładaliśmy rodziny i czas słodko płynął.
    W takim oderwaniu, niewiele wzajemnie wiedząc o sobie, minęło niepełne 40 lat. Gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych, przed I Zjazdem w Rychwałdzie, nawiązałem kontakt z Kolegą z naszej grupy, którego czas i przemiany dziejowe rzuciły na obczyznę. Po tak długiej przerwie w łączności, tematów do plotkowania mieliśmy bardzo wiele, a wszystkie kręciły się raczej wokół Uczelni. Wtedy dowiedziałem się od niego, że nie został dopuszczony do dyplomu, bo nie zdał końcowego egzaminu z maszyn elektrycznych. Przeżył to, czemu się nie ma co dziwić, bardzo boleśnie. Ze szczegółami, a ponieważ ma lekką rękę, opisał mi ze swadą bardzo obrazowo, jak mu świat wtedy zawirował. Ożenił się właśnie, młoda rodzinka spodziewała się potomka. A tu na drodze do ułożenia dalszego życia i podjęcia pracy inżynierskiej stanął profesor, który uznał, że wiedza mojego Kolegi o maszynach elektrycznych jest niewystarczająca i go oblał. W oczach kolegi winę za cały niekorzystny dla niego splot wydarzeń ponosił tylko profesor. Opisując mi te przeszłe czasy wylał z siebie całą gorycz i przy okazji wspomniał o tym, że ocenia tego profesora jako dziwaka, pastwiącego się nad biednymi studentami. W tym miejscu zabolało mnie serce, bo taką opinię uważałem za niesprawiedliwą, gdyż w moich oczach, a chyba nie jestem odosobniony, profesor Plamitzer w gronie naszych nauczycieli akademickich zasłużył na szczególne wyróżnienie i poważanie. To, że na Politechnikę przyjeżdżał na rowerze nie było w tych czasach szczególną osobliwością, bo wielu statecznych pedagogów tak robiło.
Zawsze budził naszą wesołość i ciekawość przeszło metrowej długości suwak logarytmiczny, który wiózł jako pomoc naukową na rowerze adiunkt Bory z Wydziału Elektrycznego. Tenże adiunkt na widok pewnej studentki z Wydziału Budowlanego zsiadał z roweru i pięknie się jej kłaniał, chociaż nie łączyła ich żadna znajomość. Dodawało to przecież tylko kolorytu naszemu studenckiemu otoczeniu.

    Nasz profesor, Antoni Marian Plamitzer, prowadził zajęcia z maszyn elektrycznych niezwykle aktywnie, zmuszał nas do myślenia i uczestnictwa w wykładzie. Wciągał studentów w zawiłość zagadnienia, nie pozwalał na „bujanie w obłokach” i uczył doskonale, jak rzadko który wykładowca, logicznego myślenia. W jego wydaniu wszystkie bardzo trudne reguły rządzące światem maszyn elektrycznych stawały się jasne i przejrzyste. Żadne amplidyny, czy rototrole nie miały dla nas tajemnic. Dla mnie udział w tych zajęciach był przyjemnością i z chęcią wdawałem się w dyskusje, można powiedzieć, że w jakiś sposób, przez swoją aktywność, co wyczuwałem - pozytywnie „podpadłem”. W okresie studiów miałem wiele innych ubocznych ciekawych zajęć, nie cechowała mnie nadzwyczajna pilność i pracowitość, a w tym czasie jeszcze dodatkowo uległem szczególnemu urokowi końskiego ogona względnie warkocza, bo konfiguracja fryzury zależała od pory dnia, noszonego przez góralkę z Żywca wokół której świat mi się kręcił i nadal się kręci do tej pory. Mając głowę zajętą czym innym, do egzaminów więc startowałem na ogół z biegu, uważając, że wiedza pozyskana na wykładach mi wystarczy. Wyniki naukowe miałem bardzo dobre, bo otrzymywałem nawet stypendium naukowe, co w tamtych czasach było znaczącym wyróżnieniem. Przyswajanie wiedzy przychodziło mi łatwo, nie miewałem trudności ze zdawaniem, ale do pewnego czasu. Dufny i pewny, że i tym razem przeskoczę egzamin końcowy z maszyn elektrycznych, bo pierwszą część miałem już zaliczoną na bardzo dobrze, poszedłem zdawać. Po kilku pytaniach zaczęło wychodzić na wierzch moje nieuctwo. Na nic przydały się moje „talenty” - kombinacje myślowe, dociekliwość i spryt – profesor wykazał „białe plamy” mojej wiedzy i kiedy z politowaniem, przez swoje „minusowe” okulary, popatrzył na mnie i powiedział „i to Pan tego nie wie?”, gdzie pytajnik był raczej wykrzyknikiem, poczułem się szalenie zażenowany i wstyd mi było, nie z tego powodu, że obleję egzamin, ale dlatego, że wyraźnie zdałem sobie sprawę z faktu jaką przykrość zrobiłem brakiem należytego przygotowania się do sprawdzianu swojemu uwielbianemu wykładowcy.
Do dziś pamiętam uczucie jak wtedy z chęcią schowałbym się do mysiej dziury. Nie wyprawił mnie jednak za drzwi, tylko, a wspomnę, że egzamin zdawałem w jego mieszkaniu na Orlickiego, choć wtedy był znacznie młodszy (1916-2001) niż my obecnie, ciężko wstał od biurka, podszedł do półki, wziął do ręki opasły skoroszyt i położył go przede mną ze słowami: „to jest brudnopis mojej książki, proszę to przestudiować i ponownie przyjść”. Gdybym mógł, to zapadłbym się pod ziemię. Chyba nigdy w życiu tak pracowicie nie spędziłem następnych kilkunastu dni, kiedy skrupulatnie kartkowałem „od deski do deski” powierzone mi profesorskie dzieło i chłonąłem wiedzę. Po pewnym czasie na miękkich nogach, cały skruszony stanąłem ponownie do egzaminu. Profesor przeszył mnie swoim bystrym wzrokiem i oschle zapytał się, czy przeczytałem zawartość skoroszytu i co o nim sądzę. Cóż miałem odpowiedzieć na takie dictum? Łamiącym się głosem wyszeptałem, że to są spisane nasze wykłady i cieszę się, że będą dostępne w postaci książki. Czekałem cierpliwie kiedy zacznie sprawdzać moją wiedzę, a tym czasem poprosił o indeks i wpisał mi ocenę dobrą. Choć przyjąłem to z ulgą, to poczułem się upokorzony. Nigdy potem ani wcześniej nikt w tak bolesny dla mnie sposób nie utarł mi nosa, bo z czego jak z czego, ale z maszyn elektrycznych czułem się naprawdę dobrym i na pewno zasłużyłem na lepszą ocenę. Dziś potrafię docenić talent wychowawczy Profesora i wdzięczny mu jestem za taką lekcję.

    Życie i wydarzenia następnych lat przykryły tę egzaminacyjną przygodę. Gdzieś w latach 60, już jako okrzepły inżynier z radością w księgarni „odkryłem” książkę, której maszynopis przed paroma latami tak pilnie studiowałem i zaraz od ręki ją kupiłem. Na zakładce oprawy było (jest) zdjęcie dobrotliwie uśmiechającego się naszego Profesora i krótki opis treści książki.
    Postanowiłem wtedy, że się kiedyś specjalnie wybiorę do Gliwic, aby poprosić o autograf bardzo szanowanego przeze mnie autora książki. W jakiś czas później dowiedziałem się, że przeniósł się do Opola i tam prowadzi wykłady. Czas uciekał, a z mojego postanowienia już nic nie wyszło, książka zawsze stała na „poczesnym” miejscu, od czasu do czasu brałem ją w ręce, przeglądałem z lubością, oglądałem kolorowe wykresy i wspominałem czasy naszej studenckiej edukacji, kiedy głowa miała włosy i pamięć była znacznie lepsza od obecnej, ale tego egzaminu, choć włosy wyszły, jak do tej pory jeszcze nie zapomniałem. I pewno nie wspominałbym jej teraz, gdyby nie mój grupowy Kolega, który zupełnie inaczej odebrał starania Profesora nauczenia nas jak działają maszyny elektryczne i jakimi prawami się rządzą. Jeśli kiedyś do mojego Kolegi dotrze ten tekst, proszę, aby nie miał urazy, że stał się powodem do moich wspomnień, a nie zdanie przez niego egzaminu wcale nie złamało mu życia. Zresztą i on też, choć nieco później, został inżynierem. A jak pokazał czas, prawdziwe swoje talenty rozwinął nie w dziedzinie technicznej, lecz jako znany dziennikarz radiowy i korespondent. I być może w tej jego innej, ciekawej życiowej karierze, miał też udział „palec” naszego zacnego Profesora.
Ciekawy jestem jakimi oczami patrzą inni Koledzy na profesora Plamitzera?
Wspomniane w zachmurzoną niedzielę w Żywcu w styczniu 2008 roku.
TR

I prawie byłbym zapomniał: Dwie pamiątki z Laboratorium Maszyn Elektrycznych przetrwały:
1. Nasza grupa: Kazik R.,moja osoba, Kazik P., Tian Dok Jun
2. Kim Syn Kab w roli nauczyciela?

- Do góry -




Jubileuszowe wspomnienia

Reminiscencje po spotkaniowe roku 2010



Nasze tegoroczne spotkanie miało pierwotnie odbyć się w maju. Nie doszło jednak do skutku, gdyż nadmierne, długotrwałe deszcze podniosły na tyle poziom jeziora Dzierżno, że hotel „Energetyk” - baza naszych zjazdowych balang została zalana. Na nic okazały się przygotowania jednego z naszych kolegów, który na tę okazję specjalnie kupił nowe „wypasione” auto z samoparkowaniem. Widocznie chciał wreszcie pofolgować wrodzonej abstynencji i „procentowo” uczcić nasz okrągły jubileusz, aby potem przy zachwianej równowadze wykorzystać supernowoczesny walor swojego pojazdu. Niestety przyroda pokrzyżowała wszystkim zamiary. Dopiero parę miesięcy później, na październik, udało się uzgodnić pasujący większości nowy termin. A w przesunięciu z wiosny na jesień spotkania wypada doszukać się celowych działań sił wyższych, bo przecież nie w maju, a w październiku 55 lat temu dane nam było spotkać się po raz pierwszy na uczelnianych ławach. Do Dzierżna w tym roku nie dojechali nasi trzej zagraniczni koledzy, jak również niedomagający zdrowotnie Kaziu P. Natomiast tylko na chwilę wpadł Mietek G. w drodze do szpitala na badania. Ostatecznie przy stole pozostało nas ośmiu i nasz niezastąpiony


starosta-organizator wzniósł toast na otwarcie i za zdrowie chorych kolegów. Był też następny powód do toastu - urodzinowy jubileusz Guntera-Mariana, który aż z dalekiego Hamm zadbał o to, abyśmy mieli czym go spełnić w jego intencji. Tegoroczne zebranie resztek naszej „Grupy 1955” nosiło w sobie szczególny ładunek emocjonalny, bo pół wieku temu nominalnie skończyliśmy studia, które zaczynaliśmy 5 lat wcześniej. Dlatego nasze spotkanie słusznie nazwaliśmy „jubileuszowym”. Myślę, że chyba tą sytuacją był zainspirowany Kolega-administrator naszej internetowej strony, kiedy zwrócił się do mnie z apelem, abym spróbował sklecić parę zdań na temat historii naszej Grupy.

Pełniący, jak zwykle, rolę skrupulatnego gospodarza naszych zjazdów - Andrzej na wstępie podzielił się troską, że tym razem nie przygotował niespodzianek i nie ma żadnego programu. Jednak, jak się okazało, nie ma sytuacji bez wyjścia, bo przebieg „obrad” bez dotychczasowego stylu udzielania głosu wszyscy przyjęli pozytywnie, a improwizacja sama dyktowała tematykę rozmów. I jeśli ktoś, do tej pory, uważał, że tylko panie potrafią bez końca plotkować, to miał sposobność zweryfikować swoje poglądy. Dużo nowego powietrza w nasze grono wniósł Jasiu R., który, po dziewięcioletniej nieobecności na naszych spotkaniach, znów zatęsknił za nami i przyjechał do Dzierżna. Wprowadził do rozmów temat Ruchu Autonomii Śląska i przedstawił książkę swojego autorstwa "Śląsk ziemia nieznana". Kaziu R. opowiedział nam o swojej wrześniowej podróży na grób ojca do Miednoje. O tragicznych wojennych losach swego taty dowiedział się dopiero 50 lat po jego śmierci, kiedy odnaleziono zbiorowe mogiły 6 300 polskich przedwojennych policjantów zamordowanych w 1940 w ówczesnym Kalininie (obecnie Twer), ok. 300 km od Moskwy. Ja usiłowałem podzielić się z kolegami moimi doświadczeniami przy tworzeniu rodzinnego drzewa genealogicznego. Starałem się również zaszczepić kolegom chęć do tego, aby przekazywać potomnym historie i historyjki rodzinne i aby starać z tym zdążyć przed dniem, kiedy będziemy zmuszeni ustąpić miejsca kolejnej generacji. Było też omawianych wiele innych tematów bieżących, dzielenie się wiedzą odnośnie problemów komputerowych, test pamięciowy pt: Jak miał na imię nasz wykładowca z mechaniki prof. Lawina” itp. Trudno wymienić wszystkie poruszane problemy, bo przy rosnącej, w miarę płynącego czasu, temperaturze rozmów rozmywała się ilość i jakość dyskutowanych problemów. Pod koniec, jak zazwyczaj dawniej bywało, miały miejsce śpiewy pieśni tzw. „masowych” z czasów naszej młodości.
Jak wyżej wspomniałem, historia grupy zaczęła się 55 lat wcześniej. Swoją przygodę z Politechniką zapoczątkował dość liczny zespół, bo ponad 30 0sób. Byliśmy młodzi, podobnie jak nasza uczelnia, która stworzona została niewiele wcześniej, bo jesienią 1945 r. Wtedy kadrę profesorską stanowili opuszczający lwowskie uczelnie wykładowcy. Część z nich zdecydowało się zostać w Gliwicach zachęcona warunkami bytowymi. Jak można doczytać się w różnych wspomnieniach, uczelnia spełniała życzenia, które można nazwać kaprysami panów profesorów. Potwierdzenie znajduje się w jednym z dokumentów: „Administracja zajmie się przygotowaniem mieszkań umeblowanych (pożądane są 5-7 pokojowe wille z ogrodem). Prof. Fryze prosi o pomieszczenia dla 2 krów, które przywieźć zamierza ze sobą i o szopę. Prof. Burzyński ma zamieszkać w jednej willi z prof. Szewalskim, dla każdego z nich pożądane byłoby mieć po 7 pokoi (z uwagi na konieczność urządzenia przy mieszkaniu laboratorium – względnie biura konstrukcyjnego” (cytat z Księgi Pamiątkowej Absolwentów Wydz. Budownictwa Pol. Śląskiej 1945-2005.

Gdyśmy rozpoczynali nasze studia, owiani legendą i krążącymi różnymi anegdotami profesorowie ze Lwowa byli jeszcze aktywnymi akademickimi nauczycielami i nadawali prestiż naszej Politechnice . Na początku naszej edukacji stanowiliśmy 5 grupę I-go roku Wydz. Elektrycznego, pomimo tego, że administracyjnie przypisani byliśmy do Wydz. Górniczego. Do dziś, razem z Kaziem P, nie możemy zgadnąć dlaczego znaleźliśmy się też wśród tych górniczych elektryków, pomimo, że składaliśmy podanie o przyjęcie na wydz. Elektryczny. W naszym gronie znalazło się pięciu kolegów z Korei Północnej. Byli od nas nieco starsi nie tylko dlatego, że rok wcześniej przyjechali do Polski i w Łodzi uczyli się polskiego języka. Ich starszeństwo wynikało bowiem też, jak nam opowiadali, z faktu liczenia w Korei wieku od poczęcia. Teraz, kiedy to piszę, skojarzyłem ten dalekowschodni obyczaj z nieustannie trwającą dyskusją nad tym kiedy człowiek staje się człowiekiem. Jak się okazuje kultura wschodu już przed wiekami doszła do wniosków, do których obecnie w Polsce niektórzy myśliciele jeszcze ciągle zmierzają. W naszej grupowej społeczności Koreańczycy, oprócz egzotycznej atrakcji, stanowili przykład pilności i obowiązkowości. Jeden z nich był świeżo zdemobilizowanym partyzantem - żołnierzem i chyba za zasługi wojenne w nagrodę został skierowany na studia do Polski. Niestety po drugim semestrze nie przeszedł przez matematykę u doc. Piwki. W ten sposób, już po pierwszym roku, zakończył swoją karierę studencką w Polsce i musiał wyjechać do Korei.

Z grubsza biorąc grupa dzieliła się na tych co mieszkali w akademiku, tych co dojeżdżali z kierunku Katowic i tych z kierunku Makoszów. Dojeżdżających barwnie nazywaliśmy „sztreką”. Nasz wydział, na pierwszym roku, swoich studentów umieścił w akademiku na Rynku. Kiedy budynek powstawał nie był chyba przewidziany na bursę. Zakwaterowani byliśmy w wieloosobowych, nawet przechodnich salach z piętrowymi łóżkami. Zawsze panował ruch i zamęt. W nowo powstałych akademikach na Łużyckiej, o zdecydowanie wyższym komforcie, niektórzy zamieszkali dopiero od drugiego roku. Myślę, że na tę zmianę wpłynęło to, że mieszkaliśmy razem z Koreańczykami i im władze uczelni chciały poprawić warunki bytowania, na czym oczywiście myśmy skorzystali. Do końca studiów z Tian Dok-Junem i Kaziem R. stanowiliśmy stałą trójkę współspaczów. Podobnie Son Jen-Bon, Kim Syn-Kab i Han Czum-Sam mieli, przez całe studia, ciągle tych samych pokojowych kolegów. Prawdopodobnie dysponowali przywilejem doboru swoich współlokatorów. Wspólne całodzienne przebywanie z nami ułatwiało naszym zagranicznym kolegom lepsze przyswajanie polskiego języka i często wyjaśnialiśmy im jego trudne zawiłości.

O pozytywnym naszym wpływie na znajomość polskiego świadczy pewien epizod, który podał Karol: W czasie przerwy między wykładami stoimy przy oknie i poprzez plac Krakowski patrzymy niewidzącymi oczyma na ruch samochodowy ul. Wrocławską. Obok mnie stoi Tian Dok-Jun. "Co to wiozą w tym drugim zbiorniku?", pyta się, wskazując na przejeżdżającą ciężarówkę z charakterystycznymi wtedy dwoma stożkowatymi zbiornikami dla materiałów sypkich. Bo na nich widniały wielkoformatowe napisy: CEMENT i na drugim LUZEM. - "Cement, to ja wiem co to jest, ale co jest w drugim zbiorniku?" Z obopólnym śmiechem wyjaśniliśmy sobie wtedy to nieporozumienie.

Ale takie współmieszkanie dostarczało również innych atrakcji. Nasi egzotyczni koledzy, choć podobnie jak my, na co dzień korzystali ze stołówki, to jednak tęsknili za swoją dalekowschodnią „kuchnią” i czasem urządzali wspólne posiłki. W taki wieczór akademik wypełniał się osobliwymi zapachami wydobywającymi się z pomieszczeń kuchennych opanowanych wtedy przez nich. Do jednych z ciekawszych zestawów zapamiętanych przeze mnie należą np. smażone śledzie z marmoladą. Mieli również swoje polityczne spotkania, ale tymi się nie chwalili, a należy wspomnieć, że mentalnie dość odbiegali od naszego usposobienia.
Wejście w studencką przygodę odbywało się w sposób szokowy. Metody podawania nam wiedzy na uczelni bardzo odbiegały od metod do których przyzwyczaiła nas szkoła średnia. Nie wiem jak inni, ale nasza paczka czuła się lekko zagubiona w tych nowych warunkach. Na ogół wykłady z matematyki, czy fizyki odbywały się w bardzo dużym tempie i wykładowca nie przejmował się tym, czy studenci zdążyli zanotować. A notatki należało prowadzić, bo podręczników nie było. Na ćwiczeniach obecność była sprawdzana i oprócz znajomości przedmiotu, też brana była pod uwagę przy zaliczaniu. Zajęcia były bardzo intensywne. Do dziś pozostało mi w pamięci wrażenie, szczególnie z początkowego okresu, zanim żeśmy się nie przyzwyczaili, ciągłego pośpiechu. Biegaliśmy pomiędzy różnymi budynkami i w przerwie między zajęciami wpadaliśmy do stołówki. Spożywanie posiłków w takim tempie skutkowało tym, że nie na długo ustępowało uczucie głodu. Myślę, że jesienny, szary czas zapoznawania się z zupełnie odmiennymi dla nas uczelnianymi warunkami też wpłynął niekorzystnie na wrażenie jakie, do tej pory, pozostało.
Osobną kartę wspomnień stanowią emocję związane z zaliczaniem pierwszych semestrów. Największy odsiew spowodowały egzaminy z matematyki i fizyki. Ale nasza grupa nadal trwała, bo zasilona została „spadakami” i kolegami z wydz. elektrycznego. W ten sposób wzbogaciliśmy się o naszą jedynaczkę - Dośkę, która była z nami aż do dyplomu. Na początku trzeciego semestru zostaliśmy odłączeni od „czystych” elektryków i zajęcia mieliśmy już innymi z katedrami górniczego wydziału. W tym czasie Karol i ja wpadliśmy na dość osobliwy pomysł i udaliśmy się do ówczesnego dziekana Dykacza z petycją przeniesienia się na wydz. elektryczny.
Źle zakończyłaby się dla nas obu ta prośba, bo zagroził, że może nam załatwić jedynie to, abyśmy w ogólnie nie byli studentami. Na takie dictum pokornie wycofaliśmy się i już pozostaliśmy do końca wierni wydziałowi. Zresztą chyba na tym semestrze wydział ubrał nas w twarzowe mundurki, a na klapach marynarki i otokach czapek w miarę upływających lat, przybywała ilość młotków, odpowiednia do roku studiów. W miarę upływu lat stawaliśmy się coraz bardziej dojrzałymi studentami i każdy jak mógł radził sobie z kłopotami na swój sposób. W programie występowały przedmioty tzw. „korby”, jak w początkowym okresie – matematyka, fizyka, mechanika; później podstawy elektrotechniki, termodynamika oraz pod koniec – maszyny elektryczne, napędy elektryczne i automatyzacja urządzeń elektr. Były też „michałki”, ale one też mogły zatruć nam życie. Czas słodko płynął, trochę musieliśmy się uczyć, bo jakoś zdawaliśmy egzaminy, a przy okazji zajmowaliśmy się uprawianiem różnych hobby. Naprzeciw naszych akademików było boisko sportowe nazywane „u kleryków”, bo należało do niższego seminarium duchownego. Na tym placu, kto żyw i kiedy miał tylko czas, grał w piłkę nożną. Braliśmy udział w wycieczkach i rajdach górskich organizowanych przez władze uczelni z okazji różnych, modnych w tym czasie rocznic.
Przypadkowe górskie wyprawy dawały w kość niewprawionym turystom. Pamiętam styl, jakim po powrocie z Beskidów posługiwał się Dok-Jun, kiedy wchodził na piętro w akademiku. Na poszczególne schody podnosił nogi za pomocą rąk.

Przez siedem semestrów studiów, w jednym dniu tygodnia, mieliśmy studium wojskowe - tą metodą zaliczaliśmy obowiązkową służbę w wojsku. Ubóstwo umysłowe kadry uczącej nas wojaczki było zniewalające, a słownictwo i ich polszczyzna, były powszechnym tematem krążących dowcipów. Ale żartów nie było, bo nie zaliczenie studium mogło się skończyć wcieleniem do armii.
Po sześciu tygodniach pobytu na obozie szkoleniowym w Gorzowie Wkpl. w 1960 r. i po zdaniu końcowego egzaminu zostaliśmy podoficerami w stopniu podchorążych. Powoli zbliżaliśmy się do zakończenia naszej politechnicznej edukacji. Pod koniec naszych studiów koleżeńskie kontakty się rozluźniły. Wspólne zajęcia już się zakończyły, na ogół zaczęliśmy chodzić własnymi ścieżkami. Solidnych „pracusiów” na roku, czyli takich co nie mieli zaległości, mieliśmy niewielu i każdy, jak mógł starał się uzupełnić wpisy w indeksie, aby potem zdać egzamin dyplomowy. W tej sytuacji nie dysponowaliśmy już dokładną wiedzą kto z naszej nielicznej grupy dotrwał do końca i poszedł z cenzusem w życie. Z pośród razem rozpoczynających studia w 1955 r, oprócz 4 Koreańczyków do dyplomu dotrwało nas, o ile dobrze policzyłem, 11 osób. Rozjechaliśmy się w różne środowiska, każdy, gdzie sobie wymarzył, lub gdzie mógł starał się o pracę. Rozpoczynaliśmy samodzielne życie, zakładaliśmy rodziny. Tak minęło wiele lat, aż do historycznego zjazdu w 1997 roku w Rychwałdzie, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz po skończeniu uczelni. Od tego czasu spotykamy się już prawie corocznie. Spotkań mieliśmy 11 i na każde kolejne czekamy. Tak się złożyło, że tegoroczne spotkanie zbiegło się czasowo z zakończeniem akcji wydobycia na powierzchnię 23 chilijskich górników, którzy czekali pod ziemię 70 dni na ratunek. Mówiono wtedy powszechnie, że przebywanie dłuższy czas w jednej grupie wpływa destrukcyjnie na psychikę ludzką. Powoduje konflikty, podziały i niszczenie więzi. Życie pokazuje, że ta teoria nie ma zastosowania do naszej „Grupy 1955”, gdyż po każdym kolejnym zjeździe więzi nasze coraz bardziej się zacieśniają i jesteśmy sobie coraz bliżsi. Oby tak dalej!
TR

I na koniec jeszcze podręczny albumik, ilustrujący część opisanych zdarzeń
- Na obozie: 1. druzyna trzeciego plutonu - Gorzów Wlkp.
- Na obozie: Andrzej słucha
- Na obozie: Andrzej z nieprzyjaznym człowiekowi urządzeniem, z I. wojny światowej?
- Na obozie: Szwejkowie? - Nie, to Andrzej i Tadek
- Gliwice: Dwóch górników mimo woli - odpoczywa po spacerze
- Gliwice: I jeszcze raz to samo, tyle że z Kazikiem
- Gliwice: Studenci pierwszego roku przed akademikiem w rynku - Tadek, Son Jen-Bon, Kazik
- Warszawa: Część kulturalna wycieczki naukowej w 1960 roku, Kazik i Tadek w Łazienkach
- Gliwice: Włodek, Kim Ik-Zu, Kazik, Kim Syn-Kab, Tadek, Han Czun-Sam w 1957 roku
- Gliwice: Oblewanie dyplomu - Kazik, Tian Dok-Jun, Kazik ...
- Gliwice: Oblewanie dyplomu - Kazik, Tadek! Kazik, Andrzej,Tian Dok-Jun .
- Warszawa: Część uczestników wycieczki naukowej przed Pałacem Kultury. M.i. Helena i nasz komik Son Jen-Bon (1960 r.)
- Gliwice: Nasz zazwyczaj tak surowy asystent dał się widać namówić ...
- Gliwice : Tadek z naszym poczciwem Pak San-Amem w akademiku na rynku (1956 r.)
- Gliwice: Prof. Strömich, który nas wtajemniczył w arkana miernictwa elektrycznego (miał P-70)
- Szczawno Zdrój: Son Jen-Bon z Tadkiem (Jak się tam dostali?)
- Gliwice: II. Igrce Studenckie w Gliwicach - Tadek-Żak wśród dzieci (1958 r.)
- Gliwice: II. Igrce Studenckie w Gliwicach - Tadek-Żak jest wyraźnie podziwiany przez otoczenie (1958 r.)
- Gliwice: Tadek, Włodek, Kazik na tle akademików na Łużyckiej (1958 r.)
- Gliwice: Tadek w mundurze górniczym, II. rok
- Gliwice: Prominenci Politechniki: prof.Staub, rektor Laskowski, i dziekan Dykacz

- Do góry -

Do spisu treści "Ojczyzna dzieciństwa i młodości"
Do Prywatności